Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niekontrolowane oddawanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niekontrolowane oddawanie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2015

Niekontrolowane oddawanie. III. Coraz bliżej...

Święta. W honorowym miejscu pokoju, vis-à-vis drzwi, zasłaniając widok za oknem, stoi choinka. Do 2 lutego Jan Marek nie będzie widział wyraźnie zmian zachodzących w realnym świecie. Wszystko przez pryzmat tej sztucznej, bezzapachowej zieloności.

Coraz bliżej... święta twarz matki i ojca, z dziwnie wilgotnymi oczyma.
- Życzymy Ci, żebyś miał same dobre oceny w szkole, żebyś był grzeczny, żebyś miał dużo kolegów i koleżanek, dobrą dziewczynę i żeby spełniły się wszystkie twoje marzenia.

Jan Marek jest grzeczny, uśmiecha się. Tak, jak uśmiechałaby się przypadkowo zaczepionana ulicy osoba, której składałbyś takie życzenia każdego innego dnia roku. Państwo Motty wyciągają ręce z białym opłatkiem, już lekko zawilgoconym od palców, nie widzą nierozumiejącego spojrzenia Jana Marka. Bo Jan Marek nie rozumie. Nie wie, czego od niego oczekują. Jak ma być grzeczny? Czy ma w najbliższych dniach nie podkradać tych wiszących na choince cukierków, które mu i jego rodzeństwu raz dziennie wydzielają? Czy ma spełniać ich marzenia, które nie są jego i których nie chce spełniać? Jak ma znaleźć dziewczynę, gdy nie może, tak jak inni, spotykać się z kolegami poza szkołą, a jeśli nawet, to przy spełnieniu wielu warunków i w czasie wyznaczonym i ograniczonym? Jak mają się spełnić jego marzenia? O czym oni mówią, gdy ich nie znają? Czy naprawdę chcieliby, żeby się spełniły marzenia Jana Marka, gdyby wiedzieli czego pragnie? Przecież dotąd, gdy tylko wypowiadał na głos swoje życzenia, w odpowiedzi słyszał, że jak pójdzie na swoje, to wtedy sobie na to zarobi. Przecież oni nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, czego Jan Marek pragnie. Marzy, zawsze marzył, lecz już milczy. Marzenia stały się nie celem, do którego należy dążyć, by go osiągnąć. Stały się czymś nierealnym, bardzo odległym, stały się buntem przeciwko woli rodziców, a Jan Marek jest grzeczny. Więc marzy po cichu, grzecznie się uśmiecha, odłamuje kawałek białego opłatka i recytuje, jak co roku:
- Życzę Wam, żebyście byli uśmiechnięci, żeby Wasze dzieci były grzeczne i żebyście byli z nich zadowoleni, życzę Wam powodzenia w pracy i żebyście mieli dużo pieniążków.
Nie wie, po co im życzy tego ostatniego. Sam niewiele z tego będzie miał, nie przeznaczą ich na spełnienie jego marzeń, nie kupią mu upragnionej książki, nie dadzą na wycieczkę wakacyjną pod namioty. Z pewnością będą tylko częściej spokojni.

Siadają do stołu. Świątecznego, rodzinnego, przykrytego białym obrusem. Trzeba być grzecznym, nie zostawić na nim plam barszczu, trzymać sztućce w odpowiednich dłoniach, uśmiechać się. Rytuał. Choć Jan Marek wolałby przełożyć nóż do lewej ręki, wytrajkotać jednym tchem swoje pragnienia, a jeszcze chętniej zerwałby się i pobiegł do choinki wyciągnąć swoją paczkę. Jednak tradycja, swoisty rodzinny rytuał, nie pozwala. Nie ma miejsca na dyskusję, rozmowę, one są w tle. Gdyby był jakikolwiek dialog, nie życzyliby mu spełnienia marzeń, bo nie zaakceptowaliby ich. Nie spodobałyby się im. Liczy się symbolika i w tle ta świecąca choinka, przesłaniająca widok za oknem.

Jan Marek wolałby, żeby stała w kącie pokoju, żeby ten sztucznozielony i bezzapachowy symbol stał się tylko tłem realnego świata. Widziałby wtedy, jak codziennie powracają z żeru wrony, obserwował dachy niemieckich kamienic zza Nysy, marzył. Kilka lat później coraz bliżej święta twarz matki i ojca, z wilgotnymi oczyma. Coraz dalej święta.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Niekontrolowane oddawanie. II. Nocne opady


Jan Marek o świecie wie ze słyszenia. Panicznie boi się wysokości. Wyglądając z okna mieszkania na trzecim piętrze, wysuwał tylko czubek głowy, na tyle, żeby oczy sięgnęły tuż za parapet, trzymany kurczowo dwiema rękami. Folgował sobie tylko nocą. Wtedy wstawał, otwierał okno pokoju najbliższe wysuniętego w podwórze oszklonego balkonu. Wspinał się na parapet i przytulony do chropowatej ceglanej ściany starał się prawą nogą sięgnąć uchylonego balkonowego okna. Potem prawą ręką framugi. W tym momencie zawsze popełnia ten sam błąd i patrzy w dół. Trzypiętrowa wysokość zwielokrotniona ciemnością do oglądanego w telewizji kanionu Colorado wciąga. Rozkraczone nogi zsuwają się bezwładnie z parapetów.

Podczas upadku budzi go kurczowe ściśnięcie w żołądku i ból ściągniętych mięśni karku. Przez półmrok dostrzega karmnik dla ptaków przytwierdzony przez ojca do balkonowej ściany. „Jest zimno czy ciepło?” Ciepło. To daje mu czas na zastanowienie się nad przyczynami tego, co stać się musiało. Albo raczej tego, w czego niezdarzenie się Jan Marek dawno przestał wierzyć, i to mimo wszelkich profilaktycznych działań, jedzenia kolacji „na sucho”, nie picia płynów po dobranocce i oddawania moczu „na siłę” przed położeniem się spać.

Do pokoju wchodzi matka. Widząc otwarte oczy Jana Marka mówi:
- Wstawaj! Do szkoły! Do sklepu po bułki trzeba iść.
Nie przyszła pierwszy raz, bo w głosie słychać zniecierpliwienie. Gdyby usłyszał ją za pierwszym razem, lub gdyby choć szarpnęła go za ramię, mógłby uniknąć wypadku, biorąc pod uwagę temperaturę. Wychodząc matka szarpie kołdry i ramiona dwóch młodszych synów.

Jan Marek, nauczony wykonywać polecenia, bez słowa wysuwa się z łóżka, zmienia marznące już spodnie pidżamy na suche ubranie położone niedbale wieczorem na krześle. Nie musi już iść do łazienki. Zresztą kazano mu iść tylko do sklepu po bułki, a zza drzwi słychać maszynkę elektryczną golącego się przed pracą ojca. Wracając ze sklepu pewnie go już nie zastanie. Ojciec będzie już w drodze na autobus, prawie biegnąc by zdążyć do pracy. Zawsze obowiązkowy, codziennie ogolony, wiecznie do szpiku kości uczciwy. W wojsku nie był, ale jego ojciec był żołnierzem podczas wojny. Wracając do kości, ojciec Jana Marka był tak uczciwy, że w wybuchach słusznego gniewu, gdy już bezsilny nie chciał jednak używać skórzanego pasa, nigdy nie ukrywał przed uczącym się dopiero życia Janem Markiem, że to czego się uczy, da mu kiedyś w kość.

Czy gdyby wtedy wiedział, że skłamie, że Jan Marek sam sobie da w kość i to znacznie dotkliwiej, niż mogłoby to zrobić życie, czy to wtedy powstrzymałoby pana Motty od tych ściskających żołądek i ściągających bólem mięśnie karku słów?

- Poproszę dziesięć bułek i litr mleka. - chłód poranka nie pozwala  Janu Markowi zastanowić się nad uczciwością wszystkich dorosłych. Wraca do domu nie sprawdzając wydanej w monetach reszty.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Niekontrolowane oddawanie. I. Skarpa


Rodzice wychowują pierworodne dzieci zwykle tak, jak je płodzą, metodą prób i… w większości błędów. Ta metoda determinuje całokształt relacji z ich pierwszym dzieckiem. Jan Marek Motty był błędem. Przynajmniej tak się czuł odkąd pamięta, od czasów przedszkolnych, w niewłaściwym miejscu i  czasie.

Na początku zajęć sprawdzano obecność, jakby już czterolatki mogły wagarować. Zasłonięte kotary, wszyscy leżą na plecach na wykładzinie dywanowej, półmrok zalegający salę. Leżąc na plecach widział tylko górną część zasłon i cienie na sufitach. Podczas ceremonii wolno było odezwać się tylko po wywołaniu imienia, czasem imienia i nazwiska.
- Jan Marek!
- Jestem.
Przedszkole nr 2 w Zgorzelcu mieściło się na wzgórzu oddzielonym od ulicy Kościuszki kilkumetrową, porośniętą gęsto skarpą. W późniejszych latach Jan Marek, idąc po lody do „Kaczmarka”, wybierał zawsze wydeptaną ścieżkę wśród krzaków, odcięty od miasta, przez nikogo niezauważony, cichy. Patrząc w dół na ludzi idących chodnikiem, milczał jak podczas czytania listy obecności, obserwował cienie.

Nie pamięta zabaw przedszkolnych z rówieśnikami czy uśmiechów przedszkolanek. Pamiętał obowiązek leżakowania, zmuszanie do spania wtedy, gdy umysł był najciekawszy świata. Sen już na zawsze pozostał dla Jana Marka zmarnowanym czasem, złodziejem zdarzeń. Nic tu nie było na miejscu i o właściwej porze.
-  Jan Marek! Matka przyszła!
Nie zrywał się widząc jej zarumienioną twarz i lekko pochyloną głowę, gdy odbierała od wychowawczyni tetrową pieluchę i pidżamę, ciężki i mokry zwitek. Podszedł wywołany jej niemym spojrzeniem. Wsunął rękę do machinalnie wyciągniętej dłoni.  Wracają do domu zwykle milcząc, ona przywykła, że nie miał nic do opowiadania, on w poczuciu winy za jej wstyd, dreptał pół kroku za nią.

Reagował tylko, gdy został wywołany, nie wyciągał ręki nie zachęcony. Na wszystko w życiu trzeba sobie zasłużyć lub zapracować, a dzieci i ryby głosu nie mają.
Jan Marek był błędem, a błędy ciągną się za człowiekiem jak smród moczu.