Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

Czy kłamstwo jest użyteczne publicznie?

10 października odbyła się w Słupsku manifestacja pod hasłem „Uchodźcy mile widziani”. Manifestacja to dość szumnie nadużyte słowo, chyba że miało oznaczać manifestację bezsilności i osamotnienia. Z pewnością w planach Stowarzyszenia Użyteczności Publicznej Aktywne Pomorze była akcja zakrojona na szeroką skalę.

Na początek przypomnijmy kilka celów stowarzyszenia.
„Celem Stowarzyszenia jest wspieranie rozwoju lokalnego, a w szczególności:
a) działanie na rzecz społeczności lokalnej – tworzenie lokalnej wspólnoty społecznej zgodnie z ideą społeczeństwa obywatelskiego i ekorozwoju;
b) wspieranie oddolnych inicjatyw mieszkańców i członków Stowarzyszenia;
c) działanie na rzecz sprawiedliwości, samorządności, solidarności międzyludzkiej, ochrony środowiska, wolności i pokoju;
d) kultywowanie, wyzwalanie i propagowanie przejawów i form życia społecznego alternatywnych wobec cywilizacji opartej na przymusie, dominacji, patriarchacie, rywalizacji, hierarchizacji, uniformizacji, konsumpcjonizmie, niszczeniu środowiska naturalnego i braku harmonii z naturą;
e) działanie na rzecz wzajemnej tolerancji, poszanowania praw człowieka oraz pokojowego współistnienia różnych form życia społecznego, jego drogi do harmonijnego rozwoju wolnego i otwartego społeczeństwa;
f) zapobieganie zagrożeniom ekologicznym oraz działaniom sprzecznym z interesem społecznym;
g) wspieranie działań służących propagowaniu tolerancji, zrozumienia i współpracy między narodami;
h) wspieranie inicjatyw służących tworzeniu społeczeństwa otwartego i obywatelskiego”.
Przyznać należy, że słuszną realizacją tych celów jest zorganizowana przez stowarzyszenie manifestacja, wyrażająca poglądy i realizująca prawo do ich wypowiedzenia części społeczności miasta Słupsk. Wydarzenie to działa na rzecz sprawiedliwości, wolności i pokoju, wzajemnej tolerancji. Wydawałoby się słusznym popierać takie akcje i obdarzyć stowarzyszenie mandatem zaufania.

Zastanawiający jest jednak sposób przeprowadzenia wydarzenia oraz podsumowanie manifestacji dokonane przez stowarzyszenie. Główny koordynator wydarzenia, pani Katarzyna Odrowska, przewidując słaby odzew ze strony mieszkańców, jednak bardziej sceptycznie nastawionych do deklaracji prezydenta miasta Roberta Biedronia o gotowości Słupska na przyjęcie uchodźców, prosi o wsparcie wiele instytucji spoza Słupska. Wsparcie to otrzymuje m. in. od Progresji, Centrum Inicjatyw Obywatelskich, Amnesty International Trójmiasto, Kultury Równości Wrocław, poznańskiego Rozbratu i innych organizacji pozarządowych.

W poście na profilu FB Aktywnego Pomorza dzień po manifestacji czytamy:
”Razem pokazaliśmy wszystkim, że nie wyrażamy zgody na nienawiść, na agresję, na język przemocy w przestrzeni publicznej. Pokazaliśmy, że nasz naród jest otwarty i tolerancyjny, że jest gościnny, gdyż sam nie raz z gościnności innych korzystał i korzysta. (…) Przy okazji tej też odczarowaliśmy symbole, które przywłaszczyło sobie środowisko skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne - przypomnieliśmy, że nie mają oni monopolu na patriotyzm. Akcja ta z założenia była symboliczna, nie reklamowaliśmy jej nigdzie, od początku nie zależało nam na masowej frekwencji. Poszliśmy w jakość, a nie w ilość. Byli z nami m.in.: (…) liczni przedstawiciele organizacji pozarządowych (Progresja, Centrum Inicjatyw Obywatelskich, Amnesty International Trójmiasto, Kultura Równości Wrocław i inne). Wsparła nas także ekipa poznańskiego Rozbratu a oprawę muzyczną zapewniła trójmiejska Samba Rhythms of Resistance”

Proszę zwrócić uwagę na słowa „Akcja ta z założenia była symboliczna, nie reklamowaliśmy jej nigdzie, od początku nie zależało nam na masowej frekwencji. Poszliśmy w jakość, a nie w ilość.” Tu właśnie zaczynają się czynności zaprzeczające celom stowarzyszenia, zwłaszcza punktowi mówiącemu o kultywowaniu przejawów i form życia społecznego alternatywnych wobec cywilizacji opartej na przymusie, dominacji, patriarchacie, rywalizacji, hierarchizacji, uniformizacji, konsumpcjonizmie. Czy manipulowanie opinią publiczną nie jest domeną cywilizacji opartej na przymusie i konsumpcjonizmie? Czy zniekształcanie faktów celem autopromocji jest budowaniem społeczeństwa otwartego i obywatelskiego?

Podczas manifestacji jeden z fotoreporterów, Tomasz Iwański, wykonuje zdjęcie z okien ratusza. Widać na nim wyraźnie brak odzewu ze strony mieszkańców miasta na wydarzenie. Na fotografii doliczyłem się nie więcej niż 52 osoby. Pamiętajmy, iż w tej grupie znajdują się dziennikarze oraz przedstawiciele organizacji pozarządowych z Poznania, Wrocławia, Trójmiasta. Fakt ten nie przeszkadza słupskim mediom oraz Aktywnemu Pomorzu twierdzić, że „Słupsk solidarny z uchodźcami”, lub „Słupsk okazał solidarność z uchodźcami”. Przyjmijmy, iż na fotografii znajduje się po jednym dziennikarzu z Gryfa, Głosu Pomorza, fotoreporter z Obserwatora Słupskiego, co najmniej dwóch dziennikarzy z TVN oraz po jednej osobie z pozasłupskich organizacji. Łącznie osiem osób. Czyli należałoby przyjąć, że Słupsk był reprezentowany przez grupę maksymalnie czterdziestoosobową.
Pod postem zadałem pytanie stowarzyszeniu, jak ma się do reprezentacji miasta Słupsk oraz do przedstawiania opinii mieszkańców Słupska udział członków Amnesty International z Trójmiasta, Kultury Równości z Wrocławia, poznańskiego Rozbratu. Odpowiedzi nie otrzymałem, natomiast moje zapytanie usunięto. Po ponowieniu pytania, komentarz w ciągu kilku minut znika, a możliwość dodawania komentarzy zostaje mi zablokowana. Jak to się ma do kultywowania społeczeństwa otwartego, społeczeństwa dialogu, pewnie się już nie dowiem. Chciałbym też od stowarzyszenia otrzymać odpowiedź na pytanie, ilu członków pozasłupskich organizacji uczestniczyło w wydarzeniu, bo to dałoby realną liczbę uczestniczących w wydarzeniu słupszczan.

Stowarzyszenie twierdzi w poście, że nie reklamowało akcji. Tymczasem na profilu już 5 października zdjęciem profilowych Aktywnego Pomorza jest hasło „Uchodźcy mile widziani” z podaną datą i miejscem manifestacji. 27 września stowarzyszenie udostępnia wydarzenie Słupsk solidarny z uchodźcami. Nie dla mowy nienawiści!. 9 października w Głosie Pomorza ukazuje się artykuł Grzegorza Filareckiego zapowiadający manifestację. Także w Gryfie zawiadamia o tej manifestacji Marcin Wirkus. Ten twierdzi wręcz, że „Stowarzyszenie Aktywne Pomorze razem z mieszkańcami Słupska, przedstawicielami organizacji pozarządowych ze Słupska i okolic przygotowało akcję przeciwko mowie nienawiści”. Szukałem na mapie Polski, w okolicy Słupska nie ma miejscowości Wrocław, Poznań ani żadnego miasta z Trójmiasta.

Stowarzyszenie w poście samo zwraca naszą uwagę, iż „przy okazji tej też odczarowaliśmy symbole, które przywłaszczyło sobie środowisko skrajnie prawicowe i nacjonalistyczne”. Pod jakimi hasłami na transparentach działało Aktywne Pomorze podczas manifestacji? Otóż „Bóg, Honor, Ojczyzna”. Skupię się na pierwszym z haseł, na Bogu. Wiele osób komentujących wydarzenie zapytywało, co z Bogiem ma wspólnego część członków Aktywnego Pomorza o poglądach ateistycznych. Można temu nie wierzyć, ale obserwując profil stowarzyszenia ciężko zrozumieć tego Boga, gdy 27 września Aktywne Pomorze chwali się, że też zbierało podpisy w sprawie wyprowadzenia religii ze szkół mające wesprzeć akcję „Świecka szkoła”, promowaną przez Aktywne Pomorze tego samego dnia. Czy Bóg dla Aktywnego Pomorza jest tylko chwytliwym hasłem mającym przyciągnąć do akcji chrześcijan?

Przyznać muszę, że cele stowarzyszenia są szczytne i chwalebne, warto je osiągać i wspierać. Natomiast gorzej ze środkami uświęcanymi przez cel, bo jak ma być budowane społeczeństwo obywatelskie, otwarte i tolerancyjne poprzez manipulowanie faktami i opinią publiczną czy, po prostu i otwarcie mówiąc, za pomocą kłamstwa i hipokryzji? Zadajmy też sobie pytanie, czy warto wspierać cele stowarzyszenia używającego metod "cywilizacji opartej na przymusie, dominacji, patriarchacie, rywalizacji, hierarchizacji, uniformizacji, konsumpcjonizmie"?

czwartek, 1 stycznia 2015

Kierownik prasowy Stowarzyszenia Wikimedia Polska zmusi cię do współpracy, nawet gdy nie odpowiadają ci warunki.

Nie potrzebujesz pomocy w pracy, którą anonimowo prowadzisz cztery lata? Nieważne! Nawet, gdy nie wyrazisz zgody na warunki współpracy, choćby cię zszokowało nagłe zainteresowanie płatnego pracownika Stowarzyszenia wypracowanym projektem, to nieistotne. Za plecami, bez powiadomienia, kierownik prasowy zostanie administratorem założonej i prowadzonej przez ciebie strony. Pozbawi cię administracji, uczyni redaktorem i przejmie projekt. Czym dotąd zasłużyłeś? Brzydki post, wulgaryzmy? Nie, po prostu nie chcesz pomocy, więc zmuszą cię do niej nieuczciwym przejęciem projektu.

Dlaczego słowo „kradzież” w domenie publicznej? Dyskusyjne, a jednak możliwe. Kiedy? Gdy na przykład sam pracujesz nad projektem cztery lata za darmo i anonimowo, a pewnego dnia pojawia się osoba, której za to płacą, i mimo wspólnych ustaleń pozbawia cię praw do twojej pracy lub ogranicza twoje prawa. Powoli, jak to było od początku.

Cztery lata temu stwierdziłem, że tak piękny projekt jak Wikiźródła powinien przestać być hermetyczny, zamknięty tylko w swoim światku, wśród kart przepisywanych książek. Świat powinien wiedzieć o tym projekcie, śledzić jego postępy i móc uczestniczyć w nim. Założyłem profil Wikiźródeł na Facebooku. Podobnie jak wiele innych pomysłów (blog Wikiźródeł, konto na Biblionetce) i ten nie spotkał się z zainteresowaniem samych redaktorów Wikiźródeł. Celem zachowania obiektywizmu ustanowiłem administratorami kilka zaufanych osób z Wikiźródeł. Większość z nich z czasem zrezygnowała z funkcji. Co ważne: przez cztery lata nikt i nigdy, prócz mojej osoby, nie zamieścił na profilu ani jednej notki czy zdjęcia. Wielokrotnie redaktorzy byli również przeze mnie zapraszani do wzięcia udziału w pracach, do napisania recenzji na Biblionetkę, notki na bloga, czy na profil na Facebooku. Nie wykazali jakiegokolwiek zainteresowania. Więc przyszło pracować samemu. Pisać na bloga, regulować współpracę z Biblionetką i prowadzić profil na FB. Głównie poświęciłem się temu ostatniemu zadaniu. Efektem jest kilkadziesiąt postów miesięcznie, dwa wydarzenia, obchody Wielkiego Tygodnia Światowego Dnia Książki, wychodzące poza sam projekt zasięgiem i przyciągające skutecznie nowych redaktorów do projektu.

Przez te cztery lata żaden z redaktorów nawet nie zainteresował się współpracą, mimo możliwości i ponawianych propozycji. Przez ten czas żaden z współadministratorów nie dołożył się do promowania projektu. W 2011 r. zwróciłem się do administratora Wikiźródeł o zamieszczenie na projekcie linku do profilu FB, podobnie jak tego typu link zamieszczono na projekcie Wikisłownik. Odpowiedź brzmiała „możliwość techniczna istnieje. Nie popieram jednak serwisów tego typu (i dlaczego ma to być akurat ten serwis, a nie inny?), dlatego na pewno nie przyłożę do tego ręki osobiście. Możesz oczywiście podjąć dyskusję na ten temat w skryptorium i przekonać do tego inne osoby.” Wiem jak wyglądają dyskusje na projektach Wikimedia zbyt dobrze. Długie, jałowe, zniechęcające do działania. Poprzestałem na zamieszczeniu linka na swojej stronie redaktora Wikiźródeł. Podobnie nie oczekując wsparcia ze strony wolontariuszy Wikiźródeł, sam opracowałem, zorganizowałem i przeprowadziłem dwa wydarzenia mojego pomysłu, obchody Wielkiego Tygodnia Światowego Dnia Książki w 2013 i 2014 roku.

Przy okazji obu wydarzeń zapraszałem do współudziału panią Natalię Szafran-Kozakowską, obecnie, od października 2014 r. kierownik prasowy Stowarzyszenia Wikimedia Polska. Dlaczego akurat tę osobę wspominam i tę datę? To się zaraz okaże. Wyżej wymieniona pani nie tylko nie wzięła udziału w wydarzeniu, jako wikipedystka i wolontariusz nawet nie poczuwała się do tego, żeby choć udostępnić to wydarzenie. Ma takie prawo. Pewno była bardzo zajęta i nie miała czasu ani zajrzeć, ani choć udostępnić wydarzenia, żeby wspomóc w rozpropagowaniu przecież samych Wikiźródeł. I ważna rzecz, wtedy pani Natalia była wolontariuszką, nie płacili Jej za promowanie projektów, zwłaszcza projektu, przy którym nie kiwnęła palcem od lutego 2012 roku.

To się zmieniło w październiku 2014 roku. Pani Natalia została kierownikiem prasowym Stowarzyszenia Wikimedia Polska. 9 grudnia dostaję nagle informację, że kierownik prasowy jest zainteresowany profilem Wikiźródeł na FB i wyraża chęć pomocy. Przyznam, zaskoczyło mnie to. Skąd nagle ta chęć pomocy? Co na to redaktorzy i administratorzy Wikiźródeł? Przecież to nie oni, bezpośrednio zainteresowani sprawą, zwrócili się z pomocą. Zadawałem wiele pytań, skąd naraz ta pomoc i jak miałaby wyglądać. Przede wszystkim czy sami wolontariusze Wikiźródeł tego chcą i potrzebują, bo dotąd przez cztery lata nie wykazali zainteresowania. Zaproponowałem podjęcie przez panią kierownik prasową podjęcie dyskusji w Skryptorium projektu. Dostałem odpowiedź, iż Stowarzyszenie dało za zadanie m.in. pomoc w promocji projektów w mediach społecznościowych. Jak ta pomoc ma wyglądać zależy od tego, czego dany projekt potrzebuje.

Od maja, zniechęcony zaprzestałem pracować nad profilem. Prawda, gdyby przez te cztery lata ktokolwiek mi pomagał, czułbym choćby najmniejszy powiew wsparcia, choćby mentalnego, bez żalu oddałbym cały profil tak, jak jest, jakiemukolwiek wikiskrybie. Lecz takiego wsparcia nie było. Naraz po czterech latach pojawia się kierownik prasowy, który na Wikiźródłach nie edytował już od lutego 2012 r. Jak mi oznajmia, zgłasza się, bo takie zadanie przydzielił Zarząd Stowarzyszenia i pani Natalia wierzy, że to jest ważne i fajne. Jak dotąd nie wierzyła w ważność i fajność. Do wiary potrzeba jeszcze polecenia odgórnego i wynagrodzenia. Mam oddać pomysł i projekt osobie, która od czterech lat nie ma pojęcia nawet co się na Wikiźródłach dzieje? Pani kierownik stwierdziła, że na początek może porozmawiać ze społecznością i dowiedzieć się czego potrzebują. Nie uczyniła tego. Za to nie zapomniała zasugerować, że powinienem dać do wiadomości, iż Wikiźródła mają przekroczone 150 000 stron oraz, że Wikiźródła powinny mieć na profilu zmienione logo na okolicznościowe. Hola, hola! Jeszcze nie podjęliśmy współpracy, a pani kierownik już wie, co powinienem dać na profilu projektu! Od lat promuję jakość na Wikiźródłach, projekty zrobione solidnie, do końca. Wiem jakie jest te statystyczne 150 000, wiele przepisanych na ilość, bez korekty, często niechlujnie. Mam to promować? Widząc, jak będzie wyglądała ta współpraca podjąłem decyzję, jako założyciel profilu i wieloletni jego opiekun: „proszę o założenie nowego profilu Wikiźródeł, ja podam w wiadomości obserwującym link do nowego profilu i usunę dotychczasowy profil”. W uzasadnieniu podałem powód: „społeczność nie tylko nie przyłożyła do tego palca, wręcz sama część tej społeczności próbowała przeszkadzać, robiłem dobrą robotę wbrew tej społeczności, a teraz, gdy de facto Tobie za to płacą, to choć do tej pory olewałaś zaproszenie, nie udostępniłaś nawet efektów pracy, chcesz wejść na gotowe i pomóc? Więc tak, to jest moja praca, czteroletnie nie sypianie po nocach, za free, bezimiennie. Chcesz promować ilościówkę gotowym, dobrym jakościowo projektem, to wybacz Natalia, ale wypracuj to sobie.”

Tuż wcześniej dowiedziałem się od pani kierownik prasowego, że jeśli jest ktoś, kto prowadzi i chce to robić - nie wcina się, proponuje, podrzuca. Jeśli ktoś chce prowadzić razem, to tak robimy. Jeśli nie ma nikogo - bierze to na siebie.

I wzięła to na siebie dosłownie.

10 grudnia 2014 otrzymałem zapewnienie, iż pani kierownik poinformuje Stowarzyszenie, że tak stawiam sprawę. Nastała cisza. Oczekiwałem decyzji Stowarzyszenia i podania linka do nowego profilu, by uczciwie poinformować obserwujących profil i czytelników o zmianie adresu. 31 grudnia miałem zamiar ponownie zapytać panią kierownik o adres nowej strony. Jednak koniec roku, ludzie się bawią, przekładam zapytanie na kilka dni. Pytanie nie padło. Pani kierownik prasowy u jednego z współadministratorów załatwiła nadanie sobie praw administratora.
1 stycznia 2015 roku o godzinie 12:13 nadała mi, założycielowi i administratorowi profilu, rolę redaktora strony Wikiźródła. O godzinie 12:31 wprowadza na profil pierwszy post. O godzinie 12:35 dostaję informację, że na profilu Wikiźródeł pojawił się nowy wpis, autorstwa pani kierownik. Pani kierownik wie, że jest to wbrew moim życzeniom. Jednak jej zdaniem rozwiązanie polegające na kasowaniu profilu byłoby niewłaściwe, ponieważ byłoby to marnowanie pracy, którą w ten profil włożyłem. Strona korzysta z logotypu i nazwy Wikimedia Foundation, co oznacza, że nie jest prywatną własnością - lepiej budować, niż niszczyć. Pani kierownik wyraziła też nadzieję, że uda nam się wspólnie, sensownie pracować nad tą stroną i serdecznie mnie do tego zaprasza. Pani kierownik prasowa przyznała, że na redaktora zmieniła mnie, wiedząc, że zanim emocje opadną, mogę reagować gwałtownie, oraz zapewniła, iż admina odda mi bez problemu, gdy te opadną.

Nie, pani Natalio. Powtarzam, to była moja wieloletnia praca za darmo, zawsze anonimowo, często nawet wbrew samym Wikiźródłom. Pani za to płacą, nie pozwolę, żeby pani teraz spijała śmietankę i dyktowała warunki już wypracowanemu projektowi. Chce pani efektów, choć nie potrafiła pani rzeczowo ani wytłumaczyć nagłego zainteresowania pomocą, tłumacząc to poleceniem Stowarzyszenia, ani nie uwzględniając, że ja tej pomocy już nie chcę i nie potrzebuję, ani nie oferując żadnych konkretnych warunków współpracy, chyba że miało być tym stawianie wymagań, co powinienem zamieścić na profilu projektu, który znam jeśli nie lepiej, to znacznie świeżej niż pani. Pani otrzymuje za to wynagrodzenie, proszę sobie na to zapracować, tym bardziej, że jak dotąd nie wykazała pani najmniejszej inicjatywy w promowaniu profilu Wikiźródeł.


Nie widzę możliwości współpracy z nieuczciwie zagrywającymi osobami. Byłem gotów zrezygnować ze swojej pracy, oddać 250 czytelników i obserwatorów, przekierować ich na nowy profil. Wolała pani nieuczciwie ukraść prowadzenie profilu. Wobec powyższego zdecydowałem o usunięciu mojej pracy. Swoimi rękoma nie będę podpisywał się pod nieuczciwością i kradzieżą. Życzę miłej pracy i owocnego wynagrodzenia. Od zera pani nie zaczyna. Nie życzę sobie, by w dalszym ciągu wykorzystywać nazwę dwukrotnie przeprowadzonego wydarzenia "Wielki Tydzień Światowego Dnia Książki i Praw Autorkich". Pomysł, nazwa, organizacja i prowadzenie tego jest moim pomysłem i moją pracą nie udostępnioną na wolnej licencji. Jak to będzie w rzeczywistości z moim życzeniem? Nietrudno zgadnąć.

sobota, 8 lutego 2014

„Nie wszystkie prawdy są dla wszystkich uszu.” (Umberto Eco „Imię róży”)

Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to, co skuteczne ad hoc, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne, a spychać na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Ta tendencja jest stara. Nowe jest to, że nie umiemy się jej przeciwstawić. W XIX w. był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś.
Tadeusz Gadacz Nie ma szczęścia bez myślenia, „Polityka” wydanie specjalne, 6/2010.

fascynacja (łac. fascinatio ‚zaczarowanie; oczarowanie’ od fascinare ‚czarować’. ) – oczarowanie, olśnienie, urok, urzekający wpływ.

Pamiętam kolegów mojego ojca, wyciągających z szuflad stare klasery z takim namaszczeniem, jakby Najświętszy Sakrament wyjmowali. Mogliśmy jedynie oglądać, jak przewraca strony i opowiada o każdym z tych obiegowych , postemplowanych znaczkach całe historie, od kogo przysłany, za co wymieniony, jak długo szukany. Układane seriami. Między nimi puste miejsca na te wciąż poszukiwane. Inni walczyli zaciekle z żonami o kolejną szufladę na kartony z pocztówkami. Pamiętam błysk ich oczu, czułość ręki wygładzającej i czyszczącej z kurzu skarby. Te pijane radością spojrzenia zaczarowanych „dorosłych dzieci”.

Pamiętam, jak pierwszy raz trzymałem w dłoni modlitewnik z XIX wieku, jak patrzyłem na te pozłacane brzegi, metalowe rogi i klamrę, jak sprawdzałem zapach starych wieków. I wiem jak dziś patrzę na szwedzkie wydanie Biblii z 1876 roku. Nie rozumiem ani jednego słowa, ale czytam, każdą literę tego specyficznego gotyckiego pisma. I wącham karty tak jak kwiaty zebrane i podtykane mi pod nos przez córki. Wtedy panuje cisza niczym niezmącona, czar przenosi mnie w jakieś nieokreślone miejsce, w moje własne wonderland.

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się ze skrybami w „Imieniu róży” Umberto Eco. Wyobrażałem sobie ich żmudną pracę, jakże wtedy trudną. Wyobrażałem sobie jak wręcz malują te książki, każdą pojedynczą literkę. Już wtedy urzekały mnie inicjały. Czy „dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały”? (Bernard z Morlay)

Dziś urzekają mnie zaczarowani ludzie, kolekcjonuję osoby zafascynowane, czymkolwiek, poświęcający każdą wolną chwilę na swój magiczny świat. „Badaj twarze, nie słuchaj tego, co mówią usta” (Umberto Eco „Imię róży”). Więc zbieram, badam, przewracam ludzkie kartki, błysk zauroczonych oczu, efekty ich pracy. Szanuję,  podziwiam ich i cieszę się jak dziecko gdy osiągną coś, czego ja nie potrafię, bo to mnie urzeka, czaruje, fascynuje i jako intelektualnego pasożyta karmi.

Może dlatego w dzisiejszym szybkim świecie, gdzie nie ważne jak, byle szybko coś zrobić, byle łatwiej i taniej, byle przejść do następnej edycji, fascynują mnie „szare eminencje” Wikiźródeł, przepisujące stronę za stroną, poprawiające wielokrotnie inicjał, bo rozmiar czcionki nie jest jeszcze zbliżony do skanu. Bo to co skuteczne, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne spycha na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Bo pojawił się we mnie humanistyczny deficyt. Bo gdy „nocne WYPYCHANIE PTAKÓW” i „nocne KURSY STENOGRAFII” trwają, wiem że nie pojedzie zaczarowana dorożka bez zaczarowanego dorożkarza i zaczarowanego konia.
 

wtorek, 14 maja 2013

Wolna kultura po trupach do celu czyli jak zostać krytykiem artystycznym


Piosenkarka Natalia Fiedorczuk wydaje album pod tytułem „Wynajęcie”. Nie byłoby w tym nic doniosłego w takim stopniu, w jakim się stało przez sposób w jaki autorka to zrobiła. W wywiadzie udzielonym Małgorzacie Czyńskiej w Wysokich Obcasach przyznaje, że zdjęcia do albumu pochodzą z największego w Polsce internetowego serwisu nieruchomości Gumtree („zapisywałam zdjęcia na dysku, wysyłałam je znajomym, zagłębiałam się w ten świat”, „autorami są właściciele, anonimowi oferenci. Oficjalnie wysłałam wiadomości do tych anonimowych oferentów, do których udało mi się dotrzeć przez Gumtree, z prośbą o zgodę na wykorzystanie fotografii. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Tym samym zdjęcia przechodzą w ''publiczną przestrzeń internetu''. Owszem, mogłam sama fotografować te wnętrza, chodząc na spotkania z oferującymi wynajem”).

Widziałem książkę na issuu. Mało, że żadne ze zdjęć nie jest podpisane imieniem i nazwiskiem autora, ale na stronie tytułowej napisano wyraźnie, że zdjęcia pochodzą z archiwum Autorki.  To ewidentne przywłaszczenie autorskich praw osobistych. Jednakże autorka albumu ostatnio także tłumaczy się prawem autorskim: 
"Prawo autorskie chroni wyłącznie przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze (art. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Oznacza to, że ochroną prawno autorską objęte są takie fotografie, które są oryginalne (wcześniej nikt, takiej fotografii nie zrobił) oraz noszą piętno autora. Nie każda fotografia jest więc chroniona prawem autorskim. Jednym z pomocnych badań w określeniu indywidualności danego wytworu (fotografii) jest tzw. badanie statystycznej jednorazowości. (...) Takich cech nie mają fotografie wnętrz lokali, które mają na celu przedstawienie umeblowania tego lokalu i jego ogólnego wyglądu. Większość osób poproszonych o zrobienie takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie."
"art. 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem lub prawami gatunku twórczości. Jeżeli jakaś fotografia wnętrza mieszkania, uznana zostałaby za podlegającą ochronie prawnoautorskiej, to taką fotografię, można zamieścić w książce poświęconej wynajmowi mieszkań, bez konieczności uzyskiwania zgody jej autora."

Tyle, że pani Natalia wyrwała zdanie z kontekstu, bo art. 1 punkt 1 w pełni brzmi:
„Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. 
Pominęła też punkt 4: „Ochrona przysługuje twórcy niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalności.”

Powołując się na artykuł 29 zapomniała spojrzeć, że tenże pochodzi z rozdziału o tytule „Dozwolony użytek chronionych utworów”, który zawiera również artykuły mówiące:
Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości.  (art. 34)
oraz
Dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy. (art. 35)

Skoro, jak sama stwierdza, "większość osób poproszonych o zrobienie takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie", czemu zatem nie wykonała tych zdjęć sama? Pani Natalia nie zdecydowała się na ten ruch, "bo wiem, że jako osoba mająca do czynienia z fotografią, estetyką czy projektowaniem mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach ''czegoś ładnego'' - ot tak, z przyzwyczajenia." Jest na to rozwiązanie, wystarczyło poprosić kogoś znajomego nie mającego do czynienia z fotografią o wykonanie tych zdjęć, najlepiej za pomocą idiotaparatu.

Co to ma wspólnego z wolną kulturą? Otóż część zwolenników i propagatorów wolnej kultury zachwyciła się tą obroną pani Fiedorczuk, powołując się na jej słowa. U zwolenników wolnej kultury zaczynają się pojawiać głosy oceniające, co jest utworem, a co nie, nie biorące pod uwagę zdania autorów dzieła. Do czego to prowadzi? Do tego, że zwolennik wolnej kultury zaczyna podważać indywidualny charakter działalności twórczej, żeby znaleźć uzasadnienie do wykorzystania czyjejś twórczości bez pytania o pozwolenie, ba, zaczyna wymagać od twórcy, by wykazał, że jego dzieło ma taki charakter. Gorzej jeszcze, zaczyna orzekać, że to dzieło czy to zdjęcie nie jest utworem, więc jest „publicznym”, czytaj wspólnym, wolnym do swobodnego wykorzystania. Tylko pytam na jakiej podstawie?

Najśmieszniejsze jest to, że o tym czy coś jest dziełem czy nie, najwięcej ostatnimi czasy w dyskusji o prawach autorskich mówią nie twórcy, nawet nie krytyka artystyczna, ale ci, którzy są bezpośrednio zainteresowani odbiorem i wykorzystaniem dzieł, czyli odbiorcy.

Do czego to może prowadzić? Przykładowo weźmy twórczość pani Katarzyny Kozyry. Znamy wszyscy historię jej „Piramidy zwierząt”. Do dzisiejszego dnia ta instalacja dla specyficznej części społeczeństwa nie jest dziełem, sztuką, lecz przestępstwem i zbrodnią wobec praw zwierząt. Podobnie sztuka autorstwa Włocha Maurizio Cattelana dla katolików z Krucjaty Młodych jest bluźnierstwem. Tak samo "chrześcijanie z całego świata są oburzeni wystawą Richarda Hamiltona", która również okazuje się bluźnierstwem.

Czy na pewno odbiorca ma decydować o tym, co jest dziełem, a co nim nie jest? Jeśli tak jest, to w Polsce, zależnie od tego, kto będzie u steru, czy populista czerpiący głosy z moherowych zasobów, czy ktokolwiek inny, twoja praca raz okaże się utworem, sztuką, a za parę lat może okazać się nic nie warte, dozwolone do swobodnego wykorzystania, nawet bez pytania ciebie o pozwolenie, bez podania twojego autorstwa, dlatego tylko, że ktoś nie uzna indywidualnego charakteru twojej pracy.

Przekonany jestem, że to autor przede wszystkim powinien decydować, czy to co zrobił jest dziełem. To autor powinien w pierwszym rzędzie decydować, co się z jego utworem będzie dziać dalej. To jest jego praca i jego własność. To autor musi się zmierzyć z krytyką, to on ryzykuje publikując, że stanie się albo pośmiewiskiem, albo rzeczywiście uznany zostanie za artystę. To nie odbiorca ma decydować, czy może wykorzystać czyjąś pracę, bo według odbiorcy ta praca nie jest utworem. Owszem, odbiorca może wyrazić się pozytywnie lub negatywnie, uznać coś za sztukę lub nie, ma do tego pełne prawo, ale nie ma prawa wykorzystywać bez zgody twórcy czyjegokolwiek utworu.

Siła wolnej kultury, możliwość jej rozwoju tkwi w twórcach. Wolna kultura nie wygra jeśli nie przekona twórców do siebie. Nie zrobi tego jednak naginając prawo autorskie, nie szanując niezbywalnych praw autorów lub broniąc czy powołując się na takie zachowania jak pani Fiedorczuk, nawet nie skandaliczne, ale nieodpowiedzialne jak zachowanie beztroskiego nastolatka ściągającego zdjęcia z Internetu do gazetki szkolnej.

Wolna kultura tak, ale nie za wszelką cenę i z pewnością nie przeciw autorom. Droga wolnej kultury to bezwzględna uczciwość wobec autorów i poszanowanie ich praw, to układ z twórcami, przede wszystkim za ich zgodą. Źle się stanie jeśli zwolennicy wolnej kultury zrażą do siebie twórców beztroskim postępowaniem, naginaniem ich prawa do własności. Jeśli autorzy będą przeciw wolnej kulturze ze strachu przed nadużyciem ich dzieł, z troski o swój dorobek i swoje prawa, już nie tylko majątkowe ale i niezbywalne prawa autorskie osobiste, to przegraliśmy. Wolna kultura w ostatnich latach poczyniła ogromny krok naprzód, lecz przyklaskując takim zachowaniom jak pani Fiedorczuk, robi dwa kroki wstecz.

Boję się takich głosów wśród propagatorów wolnej kultury, boję się, że kiedyś zobaczę jakiś swój materiał, wykorzystany bez mojej zgody lub podpisany nazwiskiem kogoś, kto nie uzna w moich materiałach cech indywidualnych utworu.

niedziela, 5 maja 2013

Nie ściągam majtek przez głowę


„Bayer Full ma już 27 lat. (…) Mimo że członkowie zespołu mają swoje lata, to na koncertach na scenę ciągle lecą staniki z numerem telefonu, a zespół koncertuje od Australii po Amerykę.”
Judyta Sierakowska, „Disco ponad wszystko”, Puls Biznesu Weekend, wrzesień 2011 r.

Rzeczywiście über alles, disco rządzi się swoistymi prawami. Czy tymi samymi prawami może rozporządzać się każda dziedzina sztuki? Czy sztuka może być ponad wszystko, ponad wszelkie zasady i wymogi, wymóg jakości?

Dotarła do mnie informacja, że opublikowano nowy, 9 w 2013-tym roku, numer ArtPapieru. Zajrzałem, czasami czytam tam ciekawe felietony czy wywiady. Machinalnie klikam na dział poezji. Przeklęty zwyczaj, natrętny podobnie jak klikanie w aktualizowane zdjęcia profilowe znajomych na Facebooku. Na ArtPapierze również znajome mi zdjęcie i równie znajome nazwisko - Przemysław Witkowski. No ba. Nie byle kto w świecie literackim. Poczułem się, jak na koncercie rockowym w momencie wyjścia oczekiwanej gwiazdy na scenę.

Zobaczmy, co opublikowano, tym bardziej że dawno nie miałem okazji śledzić działalności tego dość czynnego artystycznie twórcy. Wybaczcie, że nie zacytuję tu tekstów z powodu ich miniaturowych rozmiarów, więc zacytowanie równałoby się publikacji, a to balansować może na granicy łamania autorskich praw majątkowych.

Pierwszy wiersz, „Polonia restituta”, mógłby pretendować  do próby uwspółcześnienia wiersza Tuwima „Idzie Grześ przez wieś”. Mógłby, lecz jest problem, nie tylko w tym, że brak tu tego rodzaju rytmiki, problem w tym, że brak temu tekstowi czegokolwiek. To obrazek, spostrzeżenie, ani oryginalne, ani błyskotliwe. Poeta nie należy do młodych wiekiem na tyle, by dla niego przedstawiony obraz był czymś nowym, taki obrazek jest „polski” już od wielu lat, nie widzę tu niczego, co w Polsce zostało odzyskane. Nie sądzę też, że poeta dotąd żył w jakimś zamknięciu, oderwaniu od rzeczywistości, by te spostrzeżenie było dla samego autora czymś tak odkrywczym i pobudzającym do napisania tekstu. Przykro mi, tym razem nadania orderu za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, sportu, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej, ani też za rozwijanie dobrych stosunków z innymi krajami - nie będzie.

Druga miniatura to „swetry”. Ale te tureckie, czyli wracamy do przeszłości. Wiersz na topie, bo moda lat, gdy tureckie sweterki były standardowym ubiorem większości eleganckich polskich mężczyzn, zatoczyła koło i dziś często świetnie się odnajduje w tym jakże innym współczesnym świecie. Swetry Witkowskiego są stare, sprane. Z sentymentem wyciąga je z szafy. Sentymentalizm jednak, podobnie jak zakochanie, nie powinien być przewodnim, a już zwłaszcza nie powinien być jedynym motywem do napisania wiersza. Może być impulsem, myślą początkową, niczym więcej. Za tym powinny dalej pójść przemyślenia, praca nad tekstem.

Ten tekst to nie zła myśl, może być wykorzystany jako ciekawy wstęp do jeszcze ciekawszego wiersza, lub nawet, przy dobrej kompozycji, jako przerywnik lub kadr w większym obrazie, w cyklu wierszy. Tylko wtedy nie widzę możliwości publikacji takiego utworu jako wyrwanego z kontekstu całości dzieła. „swetry” jednak pozostały na etapie fazy wstępnej, pierwszej myśli, dostrzeżonego obrazka, chwili. Mam wrażenie, że sam autor nie bardzo wie, co tak naprawdę chciał powiedzieć, a już absolutnie nie zaprzątnął sobie głowy tym, jak to powiedzieć. Staram się jak mogę sięgnąć drugiego dna, z tego niewielkiego zbioru wersowych fiszek, powiązać jakieś obrazy, ale one są niejasne, jak u niechlujnego studenta. Ten tekst jest tak nieokreślony, jak zawarte w nim wielokrotnie słowa „ktoś”, i jak nieokreślony jest „ten dzień”. Staram się dociec, jaki wyjątkowy dzień jest wart takiego upamietnienia. Czyżby autor miał na myśli dzień Bożego Narodzenia w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych, moment gdy dziecko wyciąga spod choinki turecki sweterek? Tylko te spod choinki były nowiutkie, świeże, drzewko nie stało w szafie, a jak wspomnieliśmy, swetry Witkowskiego są stare i sprane.

Józef Tretiak w szkicu „Adam Asnyk jako wyraz swojej epoki” (KSW, Kraków 1922, s. 36) napisał: „Nie jest zadaniem poezji lirycznej, ani w ogóle poezji, konsekwentne rozwijanie jakiejś myśli we wszystkich kierunkach, wyczerpywanie wszystkich jej zastosowań.” Zgadzam się, nie mylmy sztuki z podawaniem kawy na ławę, czy wielkanocnym laniem wody. Lecz nie mylmy także spostrzeżenia, sentencji, myśli zapisanej na naprędce znalezionej kartce, z wierszem czy poezją. Pisanie miniatur to nie tworzenie fiszek, to nie sentencjonalizm. Według mnie to jedna z trudniejszych form poetyckich. Nie jest łatwo w miniaturze zawrzeć to, co się chce powiedzieć. Miniatura często wymaga więcej pracy, kreślenia, poprawek, niż zwykłego rozmiaru wiersz. Pisanie haiku to coś znacznie więcej niż jego trójwersowa budowa o liczbie sylab 5-7-5.

Dalej Tretiak pisze, że do poezji „należy tylko budzenie uczuć i myśli, rzucanie ziarna w duszę słuchacza, ziarna, które tam potem samo będzie kiełkować i rozwijać się, i im więcej własnych soków dusza słuchacza użyczy temu rozwojowi, tym większą radość sprawiać mu będzie zbudzona w nim myśl lub uczucie.” Czy wiersze Witkowskiego rzuciły we mnie jakieś ziarno? Tak, kilka ziaren padło.

Zastanawiam się, czym kierował się Przemysław Witkowski wysyłając te teksty noszące znamiona niemocy twórczej, czy wręcz pisania "na odpieprz". Czy autora termin gonił? Redakcja pisma wysłała maila z prośbą o teksty na tyle zaskakującego, że autor chwycił to, co miał pod ręką? Czy też autor z nudów sięgnął po stare notatki, jak do tej szafy ze starymi spranymi swetrami, i poczuł nagłą potrzebę wykorzystania ich, bo szkoda żeby się zmarnowały? Dobrze, więc można nad nimi popracować, rozbudować, przebudować, niekoniecznie publikować. To, że budowa stanęła, a wylanych fundamentów żal, nie oznacza, że teren można oddać na boisko szkolne.

A może to stan charakterystyczny dla wielu twórców muzyki? Starzeją się, coraz mniej sił na koncerty, płyty nie idą, nic nowego nie wymyślę, więc na bazie dotychczasowej popularności strzelę tekścik popowy, chrzanić dotychczasowych fanów a 12-latki niech się jarają. Parę koncercików, będzie pisk pod sceną, bo śpiewa dla państwaaaaaaa!!!! Piaaaaaseeeeek!!!! Piaaaaaaseeeecznyyyyyyy! WOW!

Tylko „okruchy jesieni” „w liniach życia” mego nie przyprawiają o „wielkie lśnienie”. Czterdziestodwuletni wokalista śpiewający na scenie sentymentalne pieśni mnie nie bierze, nie podnieca, nie ściągam majtek przez głowę. Jego osobowość, ta telewizyjna, na mnie nie wpływa, chyba, że odstręczająco.

Może to mój błąd, że wciąż patrzę na tekst, w oderwaniu od tego, kto go napisał. Może to mój błąd, że staram się nie patrzeć na tekst przez pryzmat autora, staram się nie podniecać tym, kto go napisał, a podniecać się jakością samej treści. Uważam, że teksty publikowane winny charakteryzować się jakąś jakością, wartością, ale wynikającą z poziomu artystycznego tekstu, nie z tego, iż autorem jest osobnik o takim a nie innym nazwisku.

Tu pojawia się kolejne zasiane przez Witkowskiego we mnie ziarno. Na jakiej zasadzie publikuje się takie teksty? Czym kierują się redaktorzy pism dobierając wiersze do publikacji? Rodzaj publikowanych tekstów świadczy poniekąd o poziomie pisma. Wątpliwe w przypadku tych wierszy jest kierowanie się jakością. Rozumiem, że nazwisko Witkowski w powiązaniu z imieniem Przemysław znaczy niemało, że podobnie jak ja, inni również z tego powodu zerkną do pisma. Lecz czy redaktor musi się tym kierować? Nie chcę myśleć, że teksty zostały opublikowane tylko ze względu na to, że autor posiada takie a nie inne imię i nazwisko. Nie brakuje w polskim świecie literackim dobrych twórców, także tych z "nazwiskami", nie mogą redaktorzy więc narzekać na beztalencie polskiej społeczności literackiej, nie muszą brać co popadnie. Znam kilku redaktorów, dumnie (i słusznie) zawsze podkreślających, że są redaktorami tego czy tamtego pisma. Tylko po co się jest redaktorem? Czy po to żeby puszczać bezkrytycznie teksty „nazwisk”, choćby ten sam tekst bez tego „nazwiska” nie zwrócił ich najmniejszej uwagi, lub tyle tylko mu jej poświęcili, by trafić do kosza? Gdzie tu miejsce na profesjonalizm? Jak ufać redaktorom wysyłając teksty do pism? Gdzie tu odpowiedzialność redaktorów za pismo? Odpowiedzialność nie tylko przed "naczelnym", ale przede wszystkim przed czytelnikami?

Gdzie tu miejsce na redaktora, który ma, i powinien mieć wpływ, na rozwój dzieła, rozwój także samego autora. Sztuka, dzieło, które nam jest przedstawiane, to nie tylko efekt talentu i pracy artysty, to często też wynik wielogodzinnych, wielotygodniowych, nie zawsze przyjemnych "kłótni" redaktorskich między autorem a redagującym jego tekst. W przypadku tych tekstów redaktorzy zrobili krzywdę nie tylko pismu, czytelnikom, lecz także autorowi.

Przemysław Witkowski ma już 31 lat… Mimo że ma swoje lata, to na tym koncercie na scenę nie polecą staniki z numerem telefonu.

niedziela, 17 czerwca 2012

Escrava Poesia


W 1984 roku Maria Lucélia dos Santos w każdy wtorek wyludniała ulice miasta. Wracając od dziewczyny posłusznie, na ostatnią chwilę wyznaczonej godziny, spacerowałem kompletnie pustymi ulicami. Być może stąd pozostało mi zamiłowanie do nocnych spacerów po mieście. Ulice są wtedy jak nawy kościoła, uspokajają, nikt ciebie nie potrąca, nie patrzy, nie szepce. Nie musisz się domyślać, czy ktoś się modli czy komentuje twój ubiór.

Jeśli stawiasz miękko kroki, zza okien, a właściwie sprzed nich, słychać dialogi:
- Matko chrzestna, twoje myśli błądzą gdzieś bardzo daleko.
- To prawda moje dziecko, daleko.
- A mogłabym wiedzieć matko, o czym myślisz?
- Nie mam przed tobą tajemnic Isauro, myślę o Leôncio, wiesz jak bardzo go kocham, ciężko mi żyć bez niego. Nasze rozstanie trwa trzy i pół roku.

Wszystkie dialogi tym samym, miłym męskim głosem. Jak na tamte czasy zadziwiająco czystym technicznie. Moje myśli również błądzą daleko, wstecz o jakieś trzy kilometry, gdzie najchętniej wróciłbym, nie tylko po to żeby nie patrzeć na załzawioną matkę, której przecież miłości nie brakowało. Nie tylko, by nie patrzeć na ojca, którego powodów współuczestniczenia w tej swoistej wówczas wszystkim rodzinnej ceremonii nie rozumiem dotąd. Być może była to lojalność i potrzeba towarzyszenia matce, być może mechaniczne odreagowywanie rozterk ojcowsko-obywatelskich. I nie tylko po to, żeby nie patrzeć na braci, którzy nie rozumieli wtedy nawet zdania z zadanych lektur.

Moje myśli wracały tęsknie do innych dialogów, nie dubbingowanych, nie sztucznych, ale i nie przyziemnych. Dalekich od irracjonalności zdarzeń sprzed okien, gdzie po obu stronach ekranu odgrywany jest cyrk, kiepski teatr tanich wzruszeń, gdzie najbardziej naturalnym i prawdziwym jest tylko ekran czarno-białego telewizora.

W 2012 roku repertuar teatru się nie zmienił. Patrząc z boku, czy profilu, widzę linie ekranu, czarno-białą tęsknotę za dialogiem, rozmową o poezji, literaturze, sztuce. Po obu stronach linii ekranu istne sztuki teatralne. Trzeba przyznać, że technika aktorska poszła naprzód. Teraz sztuki są odgrywane naprzemiennie. Najpierw jedna grupa organizuje konkurs, nagradza i ogłasza. Potem druga grupa po przedstawieniu rozgryza obejrzany odcinek, dlaczego tak się stało a nie inaczej, oskarża i potępia aktorów, każdy snuje swoje domysły, co będzie w następnym odcinku, każdy układa jeszcze lepszy scenariusz. Potem role się odwracają, aktorzy stają się widzami, a widzowie aktorami. Kolejny odcinek i analogiczna sytuacja. Można powiedzieć, że to nieuniknione, tłumaczyć odwieczną pogonią człowieka za osiągnięciami, sławą, tłumaczyć tą wilczą gonitwę "parciem na szkło". Może lepiej sprawa ma się pozakonkursowo? Może to tylko odgrywanie roli, sztuka, jakiś specyficzny rytuał czy ceremonia?

Z taką nadzieją wracałem do pisania. Z nadzieją godzinnych rozmów o inspiracjach, tekstach, poezji, nurtach poetyckich. Z nadzieją rozmów o warsztacie literackim. Z nadzieją, że twórca jest postrzegany przez swoje dzieło. Wielokrotnie powtarzałem znajomym, podobnie jak Ryszard Milczewski-Bruno pisał do Jerzego Szatkowskiego: "Niedobrze, że nic nie napisałeś o formalnych stronach załączonych wierszy. Teraz potrzebuję ostrych słów. Szczerych. Do tych, które ci dzisiaj załączam musisz się ustosunkować trochę szerzej. Potrzebuję tego." Jaki piszący, chcący się rozwijać twórca, nie potrzebuje tego. Potrzebuje i oczekuje. Można sądzić, że tak naturalna potrzeba w takim środowisku musi się spotkać z pozytywnym odzewem. Gdzieżby indziej oczekiwać kulturalnego dialogu jak nie wśród kulturalnych osób. Czyżby?

"Kański grał na skrzypcach. Grał rzeczywiście pięknie, zdawał się nie widzieć audytorjum, a gdy skończył, był naprawdę wzruszony. Nie szczędzono mu powinszowań, a Mika, raz po raz spoglądając na Murka, czekała i jego aprobaty. On zaś nie odmówił jej tej drobnej przyjemności, co mógł zrobić tem szczerzej, że i w obejściu Kański sprawił raczej dodatnie wrażenie, w każdym razie lepsze, niż to, jakie Murek sobie wyrobił dawniej. Jednak różnił się niezbyt dla siebie korzystnie od reszty gości. Inżynier Minasowicz dyskutował właśnie z Sudrą na temat wychowania fizycznego młodzieży, twierdząc, że nie trzeba się bać oklepanych frazesów i że „mens sana in corpore sano“ ma więcej racji, niżby się zdawało. Profesor był odmiennego zdania. Wkrótce wciągnięto do rozmowy doktora Lipczyńskiego i jego żonę. Dyskusja przeniosła się na szersze zagadnienia: celowości istnienia, postępu duchowego i zadań kultury.
Przy herbacie prym w rozmowie wzięły panie i — jak zwykle w takich wypadkach — dyskusja z abstrakcyj przeszła do praktycznych dotykalnych spraw, stąd zaś do rzeczy osobistych. Ludzie ci znali się widocznie doskonale i mieli wielu wspólnych znajomych, gdyż materjału do ploteczek, bynajmniej jednak nie złośliwych, nie brakowało. Rostrząsano, dlaczego się niepowodzi temu, jak trzeba przemówić do rozsądku tamtemu, skąd są nieporozumienia wśród dawnych przyjaciół, gdzie możnaby znaleźć posadę dla bezrobotnego kolegi." (Tadeusz Dołęga-Mostowicz, „Drugie życie doktora Murka”, wyd. Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”, Warszawa 1936, rozdz. IV, str. 223-224).

Muszę cię zawieść, młody literacie. Zdarzy ci się spotkać osoby, których merytoryczne podejście posunie cię naprzód, wskaże ścieżkę, pomoże odnaleźć to czego szukasz. Zdarzy się. Z reguły jednak będziesz uczestniczył w tym irracjonalnym teatrze, rozmowy dość szybko staną się metaliterackie. Poznasz cały świat kuluarów, dokładniej opanujesz techniki zaistnienia w świecie literackim niż warsztat literacki, poznasz wspaniałe historie związków, tych bardziej i mniej twórczych, odkryjesz kolorowy świat romansów, intryg, układów, chorób psychicznych. Dziś tylko nie prowadzi się rozmów przy herbatce. Dziś takie rozmowy prowadzi się przy klawiaturze komputera lub przy piwie. Po pewnym czasie zaczniesz się zastanawiać nad powodem współuczestniczenia w tej swoistej wszystkim rodzinnej ceremonii. Być może jest to lojalność i potrzeba towarzyszenia poznanym literatom, być może mechaniczne odreagowywanie własnych rozterk. Myślisz: "Z jakąś dziką radością przyglądałem się wszystkim kamienicom po kolei i mijającym mnie ludziom... Gdzieś w tym wszystkim, co mnie otaczało, tkwił sens. A ja pomyślałem, że z braku innego zajęcia mogę go poszukać..." (Arkadiusz Buczek "Pogrzeb" w: "Opowieści poronione" wyd. vis-à-vis/Etiuda, Kraków, 2004, s. 44)

Szukaj, przyjacielu, może... zdarzy się.