Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 grudnia 2021

Pogrzeb ojca

Nie wszedł do kaplicy cmentarnej, stanął dyskretnie za grupą gości otoczonych gromadką dzieci w ubrankach w stonowanych, regulaminowych kolorach, równie regulaminowo powstrzymywanych w miejscu ostrymi spojrzeniami i krótkimi, przyciszonymi komendami. Po pół godzinie wysypał się na placyk tłum i począł formować nieskładnie orszak. Robert nigdy nie zastanawiał się nad tym, że jego rodzina może być tak liczna. Oprócz twarzy braci i siostry miał trudności z przyporządkowaniem twarzy do imion, młodszych nie był w stanie zidentyfikować. Nie zauważył też kiedy tuż przy nim pojawił się brat.

– Cześć. Dołączysz do nas?

Robert spojrzał na niego przez moment, przerzucił wzrok na sylwetkę siostry wspartej na ramieniu męża i drugiego, młodszego brata, i szepnął spokojnie:

– Wróć do szeregu.

Twarz Jakuba stężała na moment, westchnął i odchodząc rzucił zrezygnowany:

– Jak chcesz.

Robert nigdy nie mógł zrozumieć, czemu w drodze na miejsce pochówku ludzie zawsze się tak wloką. Naprawdę im wszystkim zależy na przedłużaniu męczarń, czy we wszystkich drzemie to nienaturalne zamiłowanie do autoagresji? Przy grobie stanął tuż za uformowanym tłumem, skupiając się na postaci siostry. Po skończonej uroczystości usiadła na ławeczce. Tłum rzedniał, po kilku minutach przy grobie pozostała tylko ona w towarzystwie męża i braci. Odwróciła się do nich i coś krótko powiedziała. Mężczyźni kiwnęli głowami, wyprostowali się i powoli skierowali ku wyjściu z cmentarza. Olga po chwili odwróciła wzrok od grobu i spojrzała na Roberta, jakby czekała na wykonanie niewypowiedzianego polecenia. Nie odwrócił wzroku, powoli ruszył w jej kierunku i usiadł u jej boku. Zdziwił się gdy wsunęła palce w jego dłoń i oparła głowę na ramieniu.

– Nie spodziewałam się tu ciebie.

Patrzyli beznamiętnie na czarne wieko trumny, Olga co chwilę ocierała opadające po twarzy łzy.

– Ty już go pogrzebaleś za życia, co?

– Chyba tak. Nie zastanawiałem się nad tym szczególnie – odpowiedział.

– Nie byłeś jego powodem do dumy.

– Nigdy o to nie zabiegałem.

Pochylił się i wyciągnął z plecaka butelkę wina, odkorkował, przechylił nad grobem i trochę wylał na ziemię. Potem  wziął łyk i podał butelkę siostrze.

– Nigdy nie miałeś szacunku do nikogo i niczego. Żadnych zasad, co? – powiedziała z ironią sięgając jednak ręką po wino.

– Mam swoje własne zasady.

– I uparcie się ich trzymasz?

– To jedna z nich – odpowiedział odbierając z jej rąk butelkę i chowając w plecaku. Nie wypuszczał jej dłoni, gładząc delikatnie skórę kciukiem. Odwróciła wzrok od grobu i zaczęła się wpatrywać w niego, badając jego siwe włosy, profil twarzy i policzki pokryte dwudniowym zarostem, jakby szukała cech wspólnych z twarzą zapamiętaną sprzed lat.

– Pocałuj mnie... – szepnęła nagle.

Robert nie myślał czemu to robi, spojrzał na siostrę i pochylił się. Pogrążył się w smaku słonym od łez, cierpkim od wina i słodkim kobiecym oddechu. Po chwili Olga odsunęła głowę i oparła znów na jego ramieniu. Nie dbali o dochodzący zza pleców odgłos oddalających się cicho kroków.

– Muszę na nią patrzeć? Na cholerę mi widok trumny, już sam widok grobów jest przytłaczający – zapytała wpatrując się w lśniącą czerń.

– Pewnego dnia, gdy będzie ci się wydawało, że zapomniałaś, zrozumiesz, do czego był ci potrzebny ten widok. Wcześniej, zanim zdarzenia i widoki nabiorą sensu, człowiek nigdy nie wie i nie rozumie, co mają na celu.

– Jak u Koheleta?

– Tak. Jak u Koheleta.

Nieopodal pod płotem dostrzegł wsparte o drzewo dwie łopaty. Podniósł się i przyniósł je, jedną wręczając zdziwionej Oldze:

– Chodź, trochę przykryjemy 

– Nie powinniśmy, Robert...

Uśmiechnął się i zabrał do pracy, wkrótce dołączyła i Olga. Gdy ziemia przykryła trumnę przerwał, podszedł do siostry i zabrał jej narzędzie. Wbij łopaty w ziemię, złapał Olgę za rękę i poprowadził lekko do wyjścia. Tuż przed bramą cmentarną, za którą na parkingu przy samochodzie czekali jej mąż i bracia, zatrzymał się i wypuścił z uchwytu jej palce. Spojrzała na niego bez zdziwienia. W jej oczach błysnęła na moment ironia, ledwie wyczuwalna w jej głosie:

– Nie jesteś z tych synów co wracają, co?

– Idź już. Czekają na ciebie.

Odwrócił się i ruszył w kierunku szczytu wzgórza cmentarnego. Usłyszał chrzęst żwiru pod jej stopami, coraz dalszy, i pytający głos brata:

– Olg...

– Wsiadajcie – spokojnie i stanowczo przerwała mu Olga – nie każmy gościom dłużej na nas czekać.

W połowie drogi do kaplicy Robert minął dwóch pracowników cmentarnych bez pośpiechu zmierzających w dół zbocza. Uśmiechnął się do siebie wyobrażając sobie ich zaskoczone miny.

sobota, 13 listopada 2021

Nim skończy się rozdział

– Wieki cię u nas nie było.

– Będzie piętnaście lat – odpowiadam.

Niewiele się zmieniło w Whistle Stop Cafe. Kilka nowych ilustracji na ścianach, kilka nowych twarzy. Zamawiam kawę i pytam właścicielki lokalu o dwóch starych bywalców, którzy zwykle o tej porze tu bywali.

– Oni się już stołują w lepszych lokalach, z wieloma gwiazdkami. Nasze ziemskie żarcie okazało się zbyt ciężkie na ich żołądki. – odpowiada typowym dla niej poczuciem humoru.

Siadam na zwykłym miejscu w rogu sali, skąd doskonale widać cały lokal, parkujące przed nim pojazdy, a za nimi regularnie przejeżdżające pociągi, z których przez cały dzień ledwie kilka się tu zatrzymuje. O tej porze roku przy pierwszych nocnych mrozach, co jakiś czas trzeba przetrzeć zaparowaną szybę, żeby nie tracić kontaktu z rzeczywistością.

Szefowa przynosi mi kawę tak, jak lubię, w ceramicznym kubku.

– Dziekuję.

Odpowiada mi uśmiechem i odchodzi. Zawsze miała doskonałe wyczucie. Zwykle przysiadłaby na brzegu krzesła, wymienilibyśmy kilka zdań, pozwolili na parę "niegrzecznych" dowcipów nie przekraczających granic. Ona jednak należy do tych kobiet, które jednym spojrzeniem potrafią ocenić sytuację i stosownie do niej się zachować, instynktownie wyczuwała, kto ma ochotę na żarty lub chwilę rozmowy, a kiedy trzeba pozostawić człowieka jego myślom. Z taką umiejętnością trzeba się po prostu urodzić i zazdrościłem jej tego.

Spojrzałem z wdzięcznością na jej oddalające się plecy i odsłonięte delikatne ramiona. Należy też do tego rodzaju kobiet, których nie możesz nie kochać, choć doskonale wiesz, że one nigdy nie będą kochać ciebie, kobiet, dla których w każdej chwili jesteś w stanie skoczyć w ogień, będąc przekonanym, że pożar nigdy nie wybuchnie.

Przeglądam od niechcenia tutejsze menu, drugą rękę obejmując kubek i grzejąc przemarznięte palce. Między kartami ktoś pozostawił wyrwany wycinek lokalnego tygodnika z 18 października.

"By the way, my other half says that somebody asked us over for supper, but he can't remember who it was. So, whoever asked us, we will be happy to come, just call me and let me know." 1

Pod spodem ktoś ołówkiem dopisał "it was us". Parskam cicho śmiechem. Za oknami migają światła przejeżdżającego pociągu. W zapadającym szybko zmierzchu widać unoszące się na łąkach za torami opary, od których widoku robi się mokro i zimno na karku. Odruchowo popijam gorącą kawę. Smak ma tak doskonały, że żal przełknąć ten pierwszy łyk. Patrzę zdziwiony w kierunku baru pytająco unosząc kubek. Szefowa uśmiecha się, zadowolona z siebie, a ja unoszę w uznaniu i podziękowaniu kciuk.

Przy jednym ze stolików stoi nastoletni chłopiec bez jednej ręki z przejęciem opowiadając starszej parze, że jednej z mieszkanek ostatnio zdechł kot, i że właścicielka kota jest wściekła na wszystkich sąsiadów, którzy wciąż dokarmiali otyłą ale nieustannie żebrzącą istotę. To znaczy wtedy, gdy jeszcze żyła. Jakby na potwierdzenie doniosłości tego zdarzenia odzywają się dwa głębokie, czyste uderzenia starego ściennego zegara, który zawsze wskazuje złą godzinę, ale nigdy nikomu nawet nie przyszło do głowy nastawić go. Jakoś wszyscy naturalnie uznają, że ten konkretny zegar jest poza czasem.

Zerkam w dół i z przerażeniem stwierdzam, że została mi już mniej niż połowa przeznaczonego na pobyt tu czasu, ledwie 212 stron. Potem trzeba będzie podciągnąć pod samą brodę ciepły kołnierz i wyjść na mróz w kierunku peronu.

Z wiekiem coraz mniej rzeczy mnie przeraża i denerwuje, ale to nie jest kwestia przyzwyczajenia. Człowiek nie przyzwyczaja się do lęku czy irytujących zjawisk, ale potrafi wpasować je w jakiś logiczny ciąg i dopasować elementy. Coraz bardziej natomiast doprowadza mnie do szału czas, jego upływ. W całym wszechświecie nie ma bardziej złośliwego, podłego i perfidnego zjawiska, jak czas. Gdy czegoś oczekujesz, pragniesz, chciałbyś, żeby czas przyśpieszył, dogonił cię i nadążał za twoimi myślami, ten ciągnie się gdzieś daleko z tyłu, oglądając wszystkie pieprzone wystawy sklepowe i studiując uważnie twarze wszystkich mijających nas ludzi. Gdy ty delektujesz się chwilą, czerpiesz z niej wytchnienie i ukojenie od doznanych dotąd niepowodzeń, kiedy chcesz być bardziej tu i teraz, ten sukinsyn jest już daleko z przodu oglądając się tylko po to, żeby ci wrednym, naglącym głosem oznajmić, iż czas nas goni. Nigdy nie będzie twym towarzyszem, kroczącym równo, krok w krok u twego boku.

Wyobrażam sobie, co zrobiłaby Aneta, jak ja zbyt dumna, by przyznać się głośno, że ktoś lub coś ma nad nią przewagę. Zawsze była w ruchu, wiecznie o coś i z czymś walczyła i zwykle to osiągała. Rzadko i tylko przez moment zdarzało mi się zobaczyć ją znieruchomiałą, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i lekko uchylonymi ustami, gdy okazało się, że coś było sprytniejsze od niej. Z tych ust wychodziło wtedy tylko jedno słowo, wyrażające jednocześnie uznanie i podjęcie wyzwania:

– Jebaniutki.

Zazdroścłem jej zawsze tej umiejętności. Wielu cech zazdroszczę kobietom. Pobił ją ostatecznie jej mąż, były wojskowy. Tego jej nie zazdrościłem.

Podnoszę się i kieruję w stronę baru. Właścicielka odbiera należność i mówi:

– Wpadnij do nas koniecznie, gdy będziesz w okolicy. Dobrze?

Patrzę jej prosto w oczy:

– Przecież wiesz. Nie musisz pytać.

Ściskam silnie jej rękę, której nie mam ochoty wypuścić, nie mam też najmniejszej ochoty wyjść na mróz i wsiąść do pociągu, który nawet nie wiem, gdzie właściwie jedzie. Wolałbym zostać tu, wśród tych ludzi, których znam i których tak łatwo jest kochać.

Z peronu dolatuje świst, czas ponagla.

1 Fannie Flagg "Fried Green Tomatoes at the Whistle Stop Cafe", Vintage Books, Londyn 2012, str. 237

piątek, 18 września 2015

Niekontrolowane oddawanie. III. Coraz bliżej...

Święta. W honorowym miejscu pokoju, vis-à-vis drzwi, zasłaniając widok za oknem, stoi choinka. Do 2 lutego Jan Marek nie będzie widział wyraźnie zmian zachodzących w realnym świecie. Wszystko przez pryzmat tej sztucznej, bezzapachowej zieloności.

Coraz bliżej... święta twarz matki i ojca, z dziwnie wilgotnymi oczyma.
- Życzymy Ci, żebyś miał same dobre oceny w szkole, żebyś był grzeczny, żebyś miał dużo kolegów i koleżanek, dobrą dziewczynę i żeby spełniły się wszystkie twoje marzenia.

Jan Marek jest grzeczny, uśmiecha się. Tak, jak uśmiechałaby się przypadkowo zaczepionana ulicy osoba, której składałbyś takie życzenia każdego innego dnia roku. Państwo Motty wyciągają ręce z białym opłatkiem, już lekko zawilgoconym od palców, nie widzą nierozumiejącego spojrzenia Jana Marka. Bo Jan Marek nie rozumie. Nie wie, czego od niego oczekują. Jak ma być grzeczny? Czy ma w najbliższych dniach nie podkradać tych wiszących na choince cukierków, które mu i jego rodzeństwu raz dziennie wydzielają? Czy ma spełniać ich marzenia, które nie są jego i których nie chce spełniać? Jak ma znaleźć dziewczynę, gdy nie może, tak jak inni, spotykać się z kolegami poza szkołą, a jeśli nawet, to przy spełnieniu wielu warunków i w czasie wyznaczonym i ograniczonym? Jak mają się spełnić jego marzenia? O czym oni mówią, gdy ich nie znają? Czy naprawdę chcieliby, żeby się spełniły marzenia Jana Marka, gdyby wiedzieli czego pragnie? Przecież dotąd, gdy tylko wypowiadał na głos swoje życzenia, w odpowiedzi słyszał, że jak pójdzie na swoje, to wtedy sobie na to zarobi. Przecież oni nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, czego Jan Marek pragnie. Marzy, zawsze marzył, lecz już milczy. Marzenia stały się nie celem, do którego należy dążyć, by go osiągnąć. Stały się czymś nierealnym, bardzo odległym, stały się buntem przeciwko woli rodziców, a Jan Marek jest grzeczny. Więc marzy po cichu, grzecznie się uśmiecha, odłamuje kawałek białego opłatka i recytuje, jak co roku:
- Życzę Wam, żebyście byli uśmiechnięci, żeby Wasze dzieci były grzeczne i żebyście byli z nich zadowoleni, życzę Wam powodzenia w pracy i żebyście mieli dużo pieniążków.
Nie wie, po co im życzy tego ostatniego. Sam niewiele z tego będzie miał, nie przeznaczą ich na spełnienie jego marzeń, nie kupią mu upragnionej książki, nie dadzą na wycieczkę wakacyjną pod namioty. Z pewnością będą tylko częściej spokojni.

Siadają do stołu. Świątecznego, rodzinnego, przykrytego białym obrusem. Trzeba być grzecznym, nie zostawić na nim plam barszczu, trzymać sztućce w odpowiednich dłoniach, uśmiechać się. Rytuał. Choć Jan Marek wolałby przełożyć nóż do lewej ręki, wytrajkotać jednym tchem swoje pragnienia, a jeszcze chętniej zerwałby się i pobiegł do choinki wyciągnąć swoją paczkę. Jednak tradycja, swoisty rodzinny rytuał, nie pozwala. Nie ma miejsca na dyskusję, rozmowę, one są w tle. Gdyby był jakikolwiek dialog, nie życzyliby mu spełnienia marzeń, bo nie zaakceptowaliby ich. Nie spodobałyby się im. Liczy się symbolika i w tle ta świecąca choinka, przesłaniająca widok za oknem.

Jan Marek wolałby, żeby stała w kącie pokoju, żeby ten sztucznozielony i bezzapachowy symbol stał się tylko tłem realnego świata. Widziałby wtedy, jak codziennie powracają z żeru wrony, obserwował dachy niemieckich kamienic zza Nysy, marzył. Kilka lat później coraz bliżej święta twarz matki i ojca, z wilgotnymi oczyma. Coraz dalej święta.

niedziela, 8 grudnia 2013

Bar mleczny, cz. 4.

Zastanawiam się nad zdziwionym spojrzeniem ekspedientki, gdy zamawiałem chwilę wcześniej dwie porcje obiadu, a Kasia marszczy brwi obserwując zawartość talerza. Dokładnie przeszukuje jedzenie i okłada brzeg talerza aureolą cząstek nie nadających się do spożycia, mimo aktualnej daty przydatności. Przy każdym odłożonym kawałku krzywi się z niesmakiem dokładnie w ten sposób,  jak wtedy, gdy ją przynudzam rozmową. Zaczyna jeść już na pół zimną zupę.

Uwielbiam ludzi z nerwicą natręctw. Dają się długo smakować, powtarzalnością i regularnością uczą cię siebie na pamięć i budzą zaufanie.

Po drugiej stronie ulicy z kamienicy wychodzi dozorczyni. W chustce na głowie zamiata chodnik, zawsze od prawej strony. Kiwa głową z uśmiechem przechodzącym mieszkańcom i na standardowe „co słychać” opowiada krótką, lecz stałą historię ostatnich lat swego życia. O wizycie w szpitalu, chemii, złym samopoczuciu i o tym, że wszystko jednak będzie dobrze.

– Pewnie kiedyś tam trafię – mówię, patrząc przez witrynę na charakterystyczną chustkę dozorczyni.

– Nie mów tak – przerywa Kasia, jednocześnie łapczywie wkładając do ust łyżkę zupy, odgarniając ręką włosy i zerkając spod czoła, jak zwykle przelotnie.

– Dlaczego? – pytam zdziwiony, przekonany, że tryb życia przesiąknięty 200 mg substancji smolistych na 1,6 mg nikotyny dziennie niechybnie mnie zaprowadzi na onkologię.

– Bo będę płakała.

W tym samym momencie oboje wiemy, że nie będzie. Nie zostawiamy po sobie resztek i okruchów.

Trzy stoliki dalej pani w jaskraworóżowym stroju nachyla się konspiracyjnie nad siedzącą przy niej młodą dziewczyną. Trzymając ją lekko za rękę, jakby sprawdzając obecność, szepce opowieść o tym, jak straciła wzrok, jak często stoi na środku chodnika godzinami, oczekując na pomoc w dojściu do domu. Opowie też o programie telewizyjnym z jej udziałem. Zawsze zastanawiam się, czy gdy traciła wzrok, nauczyła się na pamięć ruchu rąk i ciała przy ubieraniu się, czesaniu zawsze identycznej fryzury i dokładności zawsze jednakowego makijażu.

Kasia dokładnie czyści widelcem dno talerza. Nigdy nie zostawia resztek i okruchów. Jaskraworóżowa, niewidoma pani na obcasach, trzymając pod rękę dopiero poznaną towarzyszkę, ze znanym mi pewnym uśmiechem, pozwala się odprowadzić do domu. Dozorczyni zamiata teraz sień kamienicy. Za chwilę skończy pracę i pójdzie do mieszkania. Tam, już łysa i bez chustki, siądzie do obiadu. Wkładam płaszcz i jednocześnie wyciągam papierosa z paczki w prawej kieszeni. Zapalę go zaraz po wyjściu z baru.

Jestem chory. Nie mam raka, mimo że palenie zabija, ani Alzheimera mimo coraz krótszej pamięci, a nocne czytanie i ruskie okulary z bazaru powodują, że coraz więcej dostrzegam. Układam dokładnie krzesła w rogach stolika do poprzedniej pozycji. Jestem chory i jutro zjem tu obiad, sam.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Niekontrolowane oddawanie. II. Nocne opady


Jan Marek o świecie wie ze słyszenia. Panicznie boi się wysokości. Wyglądając z okna mieszkania na trzecim piętrze, wysuwał tylko czubek głowy, na tyle, żeby oczy sięgnęły tuż za parapet, trzymany kurczowo dwiema rękami. Folgował sobie tylko nocą. Wtedy wstawał, otwierał okno pokoju najbliższe wysuniętego w podwórze oszklonego balkonu. Wspinał się na parapet i przytulony do chropowatej ceglanej ściany starał się prawą nogą sięgnąć uchylonego balkonowego okna. Potem prawą ręką framugi. W tym momencie zawsze popełnia ten sam błąd i patrzy w dół. Trzypiętrowa wysokość zwielokrotniona ciemnością do oglądanego w telewizji kanionu Colorado wciąga. Rozkraczone nogi zsuwają się bezwładnie z parapetów.

Podczas upadku budzi go kurczowe ściśnięcie w żołądku i ból ściągniętych mięśni karku. Przez półmrok dostrzega karmnik dla ptaków przytwierdzony przez ojca do balkonowej ściany. „Jest zimno czy ciepło?” Ciepło. To daje mu czas na zastanowienie się nad przyczynami tego, co stać się musiało. Albo raczej tego, w czego niezdarzenie się Jan Marek dawno przestał wierzyć, i to mimo wszelkich profilaktycznych działań, jedzenia kolacji „na sucho”, nie picia płynów po dobranocce i oddawania moczu „na siłę” przed położeniem się spać.

Do pokoju wchodzi matka. Widząc otwarte oczy Jana Marka mówi:
- Wstawaj! Do szkoły! Do sklepu po bułki trzeba iść.
Nie przyszła pierwszy raz, bo w głosie słychać zniecierpliwienie. Gdyby usłyszał ją za pierwszym razem, lub gdyby choć szarpnęła go za ramię, mógłby uniknąć wypadku, biorąc pod uwagę temperaturę. Wychodząc matka szarpie kołdry i ramiona dwóch młodszych synów.

Jan Marek, nauczony wykonywać polecenia, bez słowa wysuwa się z łóżka, zmienia marznące już spodnie pidżamy na suche ubranie położone niedbale wieczorem na krześle. Nie musi już iść do łazienki. Zresztą kazano mu iść tylko do sklepu po bułki, a zza drzwi słychać maszynkę elektryczną golącego się przed pracą ojca. Wracając ze sklepu pewnie go już nie zastanie. Ojciec będzie już w drodze na autobus, prawie biegnąc by zdążyć do pracy. Zawsze obowiązkowy, codziennie ogolony, wiecznie do szpiku kości uczciwy. W wojsku nie był, ale jego ojciec był żołnierzem podczas wojny. Wracając do kości, ojciec Jana Marka był tak uczciwy, że w wybuchach słusznego gniewu, gdy już bezsilny nie chciał jednak używać skórzanego pasa, nigdy nie ukrywał przed uczącym się dopiero życia Janem Markiem, że to czego się uczy, da mu kiedyś w kość.

Czy gdyby wtedy wiedział, że skłamie, że Jan Marek sam sobie da w kość i to znacznie dotkliwiej, niż mogłoby to zrobić życie, czy to wtedy powstrzymałoby pana Motty od tych ściskających żołądek i ściągających bólem mięśnie karku słów?

- Poproszę dziesięć bułek i litr mleka. - chłód poranka nie pozwala  Janu Markowi zastanowić się nad uczciwością wszystkich dorosłych. Wraca do domu nie sprawdzając wydanej w monetach reszty.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Niekontrolowane oddawanie. I. Skarpa


Rodzice wychowują pierworodne dzieci zwykle tak, jak je płodzą, metodą prób i… w większości błędów. Ta metoda determinuje całokształt relacji z ich pierwszym dzieckiem. Jan Marek Motty był błędem. Przynajmniej tak się czuł odkąd pamięta, od czasów przedszkolnych, w niewłaściwym miejscu i  czasie.

Na początku zajęć sprawdzano obecność, jakby już czterolatki mogły wagarować. Zasłonięte kotary, wszyscy leżą na plecach na wykładzinie dywanowej, półmrok zalegający salę. Leżąc na plecach widział tylko górną część zasłon i cienie na sufitach. Podczas ceremonii wolno było odezwać się tylko po wywołaniu imienia, czasem imienia i nazwiska.
- Jan Marek!
- Jestem.
Przedszkole nr 2 w Zgorzelcu mieściło się na wzgórzu oddzielonym od ulicy Kościuszki kilkumetrową, porośniętą gęsto skarpą. W późniejszych latach Jan Marek, idąc po lody do „Kaczmarka”, wybierał zawsze wydeptaną ścieżkę wśród krzaków, odcięty od miasta, przez nikogo niezauważony, cichy. Patrząc w dół na ludzi idących chodnikiem, milczał jak podczas czytania listy obecności, obserwował cienie.

Nie pamięta zabaw przedszkolnych z rówieśnikami czy uśmiechów przedszkolanek. Pamiętał obowiązek leżakowania, zmuszanie do spania wtedy, gdy umysł był najciekawszy świata. Sen już na zawsze pozostał dla Jana Marka zmarnowanym czasem, złodziejem zdarzeń. Nic tu nie było na miejscu i o właściwej porze.
-  Jan Marek! Matka przyszła!
Nie zrywał się widząc jej zarumienioną twarz i lekko pochyloną głowę, gdy odbierała od wychowawczyni tetrową pieluchę i pidżamę, ciężki i mokry zwitek. Podszedł wywołany jej niemym spojrzeniem. Wsunął rękę do machinalnie wyciągniętej dłoni.  Wracają do domu zwykle milcząc, ona przywykła, że nie miał nic do opowiadania, on w poczuciu winy za jej wstyd, dreptał pół kroku za nią.

Reagował tylko, gdy został wywołany, nie wyciągał ręki nie zachęcony. Na wszystko w życiu trzeba sobie zasłużyć lub zapracować, a dzieci i ryby głosu nie mają.
Jan Marek był błędem, a błędy ciągną się za człowiekiem jak smród moczu.

piątek, 1 marca 2013

Bar mleczny, cz. 3.


130 kilogramów gimnazjalisty walczy z apetytem w kategorii superciężkiej, chowając się za gardą soku pomarańczowego.
Dziś wszyscy walczą, z plastykowymi sztućcami, dziesięciolatka z katarem, jej matka ze łzami, gdy patrzy na tanie kalosze i wytarty płaszczyk córki. Blondynka stolik obok usilnie poprawia kręcone włosy opadające do talerza z zupą. Zielonowłosy chłopak walczy na dwa fronty z naturalnością starając się powstrzymać dłoń przed trzymaniem jej za udo. Ekspedientka w mocno naszpikowanym ciasnym staniku ogłaszająca kolejne porcje walczy ze zmęczeniem i mdłym zapachem klientów.
W rogu sali trzech rosyjskojęzycznych ściera się o to czy Андрей это поэта posiłkując się w przerwach butelką wódki ukrytą pod stołem.

Runda pierwsza:
- Pierogi ruskie dwa razy!!!
Mimochodem trwożnie zerkam w róg sali spodziewając się trzykrotnej riposty. Zapobiegawczo rozważam możliwy rozwój wypadków, gdyby w barze na poznańskich Jeżycach barmanka krzyknęła „Pieróg jeżycki!!!” Rosjanie zapijają kolejny kęs posiłku bez mrugnięcia okiem.

Runda druga:
- Proszę sznycel raz!!!!
Kategoria ciężka gimnazjalisty, któremu widocznie i obwiśle brakuje ciasnego stanika, wstaje i rusza do baru.

Technical knockout.

czwartek, 24 maja 2012

Bar mleczny, cz. 2.


Solone frytki są pryszczate jak twarz młodej dziewczyny z przeciwka i kuszą jak jej małe piersi. Do frytek zwyczajowo schabowy. Zamawianie znanych potraw nie zobowiązuje do myślenia i tworzenia nowych kompozycji. Dla urozmaicenia i zabicia czasu dobieram tylko znaną mi już w smaku grochówkę. W trakcie jedzenia zupy lubię sobie naiwnie wyobrażać, jak kucharka za ścianą obtacza i smaży tuż wcześniej ubity kawałek schabu. Na szczęście olej musiał być nagrzany, bo w połowie zupy oznajmiono  - "schabowy z frytkami!". Zawsze dziwnie się czuję, gdy wszyscy wiedzą co zamówiłem. Równie dobrze mógłby mi każdy zaglądać podczas jedzenia w talerz.
Przy drugim kęsie mięsa, z wiecznie odpadającą panierką, pryszczata dziewczyna wstaje do wyjścia. Na koszulce ma wizerunek gładszej, bardziej wypielęgnowanej kobiecej twarzy, z podpisem "love".
Wszędobylskie love. W rozmowie pomarszczonych pań stolik po lewej (jedna z nich to chyba ta bez szyi), w zawołaniu kelnerki "mielony z ziemniaczkami!", choć w jadłospisie były z masłem, nie z miodem, a mi podano z frytkami, nie fryteczkami. W wyprowadzeniu inwalidy na wózku na balkon przeciwległej kamienicy też jest dużo love, zaczerpnie powietrza, w czterech ścianach cały dzień nie siedzi, depresji nie dostanie, nie wjedzie na ulicę pod samochód, a z drugiego piętra się nie rzuci. Sparaliżowany. Bóg kocha go takiego, jakim jest, więc i ja go kocham. Love jest w bezwiednym głaskaniu długich blond włosów pryszczatej dziewczyny, która pewnie w tej chwili nie myśli, że czyjś dotyk byłby milszy i bardziej love.
Nawet we mnie się zagnieździło, bo w każdym szukam braków nie tylko, by uzasadnić i uprawomocnić ich bytność w barze, ale żeby znaleźć w nich powód do zbliżenia i sympatii. Choćby ten pan w rogu sali, bez wąsów i z gęstą, równo przystrzyżoną, białą brodą. Wygląda, jakby brakowało mu żuchwy, a zarost służył jedynie pokryciu wstydliwego ubytku. Wkłada pod górną wargę kawałek sałatki warzywnej i broda zaczyna się poruszać. Przeżuwa dokładnie, czyli coś tam posiada. Przez moment przemyka mi myśl, że gdybym przysiadł się i porozmawiał, poznałbym, czego lub kogo mu brakuje, co go kaleczy i pozwala mu jadać w barze mlecznym.
Zabrakło mi odwagi, wkładam ostatni kawałek pozbawionego już panierki mięsa i przeżuwając, odnoszę po cichu talerze. W drzwiach zastanawiam się, czy zasłużyłem na obiad.

środa, 23 maja 2012

Bar mleczny


                                                                           I chociaż mamy dwie nogi,
                                                                           Ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry.
                                                                                     (Katarzyna Nosowska "O nas")


W barach mlecznych jedzą kaleki. W drzwiach pojawia się para, niska, przychuda kobieta, wykrzykująca "dzieńdobry" i o dwie głowy wyższy mężczyzna, z denkami od słoików na nosie i wysuniętą górną szczęką. Mówi "siędobly". Pan stolik na lewo skłania głowę. Narobili szumu kuśtykaniem, przesuwaniem krzeseł i dawaj do kolejki. Swojego schabowego mam już do połowy zjedzonego. Pan stolik na lewo staje, odnosi talerze i kieruje się ku wyjściu. Przychuda kobieta dopada do niego i zakrzykuje:
- A wie pan! U nas na osiedlu ostatnio poumierało tyle ludzi! Z pięcioro!
"Musieli pewnie" myślę i wsuwam kęs mięsa w usta. Pan od stolika na lewo:
- U nas w stowarzyszeniu też parę osób umarło. A Pani widzę przygłucha?
- Co, proszę?!
- Pani coś przygłucha, widzę! - pan od stolika na lewo wskazuje palcem ucho.
- A tak! Zawiało mnie! A u nas na osiedlu poumierało tyle ludzi! Do widzenia! - i wraca do kolejki.
Biorę kolejne kęsy jałowego mięsa i zagryzam frytkami bez smaku. Zapomniałem poprosić o sól. Przygłucha kobieta wykrzykuje kolejce o osiedlowych agoniach.
- Ma pani oprócz bonów do dopłaty 11 groszy - kasjerka.
- 11 groszy! To ja dopłacę!
Denka od słoików szurają nogami tam i z powrotem i noszą talerze z zupą, drugim daniem i metalowe sztućce. Skąd do cholery wzięli metalowe sztućce? Przynieśli z sobą? Nim siądą zciągają z siebie jedną z dwóch brudnych kurtek. Pani stolik na prawo siedzi z widelcem w dłoni, plastykowym, plastykowym okiem wpatrzona w przestrzeń. Po lewej kuśtyka po jedzenie pani bez szyi.
Wkładam do ust kolejny kawał mięsa i dojadam frytki, w wzrastającym poczuciu winy. Mnie stać na jedzenie, jestem zdolny do pracy, zdrowy, mam dobrą dykcję. To dobre miejsce dla mnie. Bar mleczny dla kalek.