Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar mleczny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bar mleczny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Bar mleczny, cz. 4.

Zastanawiam się nad zdziwionym spojrzeniem ekspedientki, gdy zamawiałem chwilę wcześniej dwie porcje obiadu, a Kasia marszczy brwi obserwując zawartość talerza. Dokładnie przeszukuje jedzenie i okłada brzeg talerza aureolą cząstek nie nadających się do spożycia, mimo aktualnej daty przydatności. Przy każdym odłożonym kawałku krzywi się z niesmakiem dokładnie w ten sposób,  jak wtedy, gdy ją przynudzam rozmową. Zaczyna jeść już na pół zimną zupę.

Uwielbiam ludzi z nerwicą natręctw. Dają się długo smakować, powtarzalnością i regularnością uczą cię siebie na pamięć i budzą zaufanie.

Po drugiej stronie ulicy z kamienicy wychodzi dozorczyni. W chustce na głowie zamiata chodnik, zawsze od prawej strony. Kiwa głową z uśmiechem przechodzącym mieszkańcom i na standardowe „co słychać” opowiada krótką, lecz stałą historię ostatnich lat swego życia. O wizycie w szpitalu, chemii, złym samopoczuciu i o tym, że wszystko jednak będzie dobrze.

– Pewnie kiedyś tam trafię – mówię, patrząc przez witrynę na charakterystyczną chustkę dozorczyni.

– Nie mów tak – przerywa Kasia, jednocześnie łapczywie wkładając do ust łyżkę zupy, odgarniając ręką włosy i zerkając spod czoła, jak zwykle przelotnie.

– Dlaczego? – pytam zdziwiony, przekonany, że tryb życia przesiąknięty 200 mg substancji smolistych na 1,6 mg nikotyny dziennie niechybnie mnie zaprowadzi na onkologię.

– Bo będę płakała.

W tym samym momencie oboje wiemy, że nie będzie. Nie zostawiamy po sobie resztek i okruchów.

Trzy stoliki dalej pani w jaskraworóżowym stroju nachyla się konspiracyjnie nad siedzącą przy niej młodą dziewczyną. Trzymając ją lekko za rękę, jakby sprawdzając obecność, szepce opowieść o tym, jak straciła wzrok, jak często stoi na środku chodnika godzinami, oczekując na pomoc w dojściu do domu. Opowie też o programie telewizyjnym z jej udziałem. Zawsze zastanawiam się, czy gdy traciła wzrok, nauczyła się na pamięć ruchu rąk i ciała przy ubieraniu się, czesaniu zawsze identycznej fryzury i dokładności zawsze jednakowego makijażu.

Kasia dokładnie czyści widelcem dno talerza. Nigdy nie zostawia resztek i okruchów. Jaskraworóżowa, niewidoma pani na obcasach, trzymając pod rękę dopiero poznaną towarzyszkę, ze znanym mi pewnym uśmiechem, pozwala się odprowadzić do domu. Dozorczyni zamiata teraz sień kamienicy. Za chwilę skończy pracę i pójdzie do mieszkania. Tam, już łysa i bez chustki, siądzie do obiadu. Wkładam płaszcz i jednocześnie wyciągam papierosa z paczki w prawej kieszeni. Zapalę go zaraz po wyjściu z baru.

Jestem chory. Nie mam raka, mimo że palenie zabija, ani Alzheimera mimo coraz krótszej pamięci, a nocne czytanie i ruskie okulary z bazaru powodują, że coraz więcej dostrzegam. Układam dokładnie krzesła w rogach stolika do poprzedniej pozycji. Jestem chory i jutro zjem tu obiad, sam.

piątek, 1 marca 2013

Bar mleczny, cz. 3.


130 kilogramów gimnazjalisty walczy z apetytem w kategorii superciężkiej, chowając się za gardą soku pomarańczowego.
Dziś wszyscy walczą, z plastykowymi sztućcami, dziesięciolatka z katarem, jej matka ze łzami, gdy patrzy na tanie kalosze i wytarty płaszczyk córki. Blondynka stolik obok usilnie poprawia kręcone włosy opadające do talerza z zupą. Zielonowłosy chłopak walczy na dwa fronty z naturalnością starając się powstrzymać dłoń przed trzymaniem jej za udo. Ekspedientka w mocno naszpikowanym ciasnym staniku ogłaszająca kolejne porcje walczy ze zmęczeniem i mdłym zapachem klientów.
W rogu sali trzech rosyjskojęzycznych ściera się o to czy Андрей это поэта posiłkując się w przerwach butelką wódki ukrytą pod stołem.

Runda pierwsza:
- Pierogi ruskie dwa razy!!!
Mimochodem trwożnie zerkam w róg sali spodziewając się trzykrotnej riposty. Zapobiegawczo rozważam możliwy rozwój wypadków, gdyby w barze na poznańskich Jeżycach barmanka krzyknęła „Pieróg jeżycki!!!” Rosjanie zapijają kolejny kęs posiłku bez mrugnięcia okiem.

Runda druga:
- Proszę sznycel raz!!!!
Kategoria ciężka gimnazjalisty, któremu widocznie i obwiśle brakuje ciasnego stanika, wstaje i rusza do baru.

Technical knockout.

czwartek, 24 maja 2012

Bar mleczny, cz. 2.


Solone frytki są pryszczate jak twarz młodej dziewczyny z przeciwka i kuszą jak jej małe piersi. Do frytek zwyczajowo schabowy. Zamawianie znanych potraw nie zobowiązuje do myślenia i tworzenia nowych kompozycji. Dla urozmaicenia i zabicia czasu dobieram tylko znaną mi już w smaku grochówkę. W trakcie jedzenia zupy lubię sobie naiwnie wyobrażać, jak kucharka za ścianą obtacza i smaży tuż wcześniej ubity kawałek schabu. Na szczęście olej musiał być nagrzany, bo w połowie zupy oznajmiono  - "schabowy z frytkami!". Zawsze dziwnie się czuję, gdy wszyscy wiedzą co zamówiłem. Równie dobrze mógłby mi każdy zaglądać podczas jedzenia w talerz.
Przy drugim kęsie mięsa, z wiecznie odpadającą panierką, pryszczata dziewczyna wstaje do wyjścia. Na koszulce ma wizerunek gładszej, bardziej wypielęgnowanej kobiecej twarzy, z podpisem "love".
Wszędobylskie love. W rozmowie pomarszczonych pań stolik po lewej (jedna z nich to chyba ta bez szyi), w zawołaniu kelnerki "mielony z ziemniaczkami!", choć w jadłospisie były z masłem, nie z miodem, a mi podano z frytkami, nie fryteczkami. W wyprowadzeniu inwalidy na wózku na balkon przeciwległej kamienicy też jest dużo love, zaczerpnie powietrza, w czterech ścianach cały dzień nie siedzi, depresji nie dostanie, nie wjedzie na ulicę pod samochód, a z drugiego piętra się nie rzuci. Sparaliżowany. Bóg kocha go takiego, jakim jest, więc i ja go kocham. Love jest w bezwiednym głaskaniu długich blond włosów pryszczatej dziewczyny, która pewnie w tej chwili nie myśli, że czyjś dotyk byłby milszy i bardziej love.
Nawet we mnie się zagnieździło, bo w każdym szukam braków nie tylko, by uzasadnić i uprawomocnić ich bytność w barze, ale żeby znaleźć w nich powód do zbliżenia i sympatii. Choćby ten pan w rogu sali, bez wąsów i z gęstą, równo przystrzyżoną, białą brodą. Wygląda, jakby brakowało mu żuchwy, a zarost służył jedynie pokryciu wstydliwego ubytku. Wkłada pod górną wargę kawałek sałatki warzywnej i broda zaczyna się poruszać. Przeżuwa dokładnie, czyli coś tam posiada. Przez moment przemyka mi myśl, że gdybym przysiadł się i porozmawiał, poznałbym, czego lub kogo mu brakuje, co go kaleczy i pozwala mu jadać w barze mlecznym.
Zabrakło mi odwagi, wkładam ostatni kawałek pozbawionego już panierki mięsa i przeżuwając, odnoszę po cichu talerze. W drzwiach zastanawiam się, czy zasłużyłem na obiad.

środa, 23 maja 2012

Bar mleczny


                                                                           I chociaż mamy dwie nogi,
                                                                           Ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry.
                                                                                     (Katarzyna Nosowska "O nas")


W barach mlecznych jedzą kaleki. W drzwiach pojawia się para, niska, przychuda kobieta, wykrzykująca "dzieńdobry" i o dwie głowy wyższy mężczyzna, z denkami od słoików na nosie i wysuniętą górną szczęką. Mówi "siędobly". Pan stolik na lewo skłania głowę. Narobili szumu kuśtykaniem, przesuwaniem krzeseł i dawaj do kolejki. Swojego schabowego mam już do połowy zjedzonego. Pan stolik na lewo staje, odnosi talerze i kieruje się ku wyjściu. Przychuda kobieta dopada do niego i zakrzykuje:
- A wie pan! U nas na osiedlu ostatnio poumierało tyle ludzi! Z pięcioro!
"Musieli pewnie" myślę i wsuwam kęs mięsa w usta. Pan od stolika na lewo:
- U nas w stowarzyszeniu też parę osób umarło. A Pani widzę przygłucha?
- Co, proszę?!
- Pani coś przygłucha, widzę! - pan od stolika na lewo wskazuje palcem ucho.
- A tak! Zawiało mnie! A u nas na osiedlu poumierało tyle ludzi! Do widzenia! - i wraca do kolejki.
Biorę kolejne kęsy jałowego mięsa i zagryzam frytkami bez smaku. Zapomniałem poprosić o sól. Przygłucha kobieta wykrzykuje kolejce o osiedlowych agoniach.
- Ma pani oprócz bonów do dopłaty 11 groszy - kasjerka.
- 11 groszy! To ja dopłacę!
Denka od słoików szurają nogami tam i z powrotem i noszą talerze z zupą, drugim daniem i metalowe sztućce. Skąd do cholery wzięli metalowe sztućce? Przynieśli z sobą? Nim siądą zciągają z siebie jedną z dwóch brudnych kurtek. Pani stolik na prawo siedzi z widelcem w dłoni, plastykowym, plastykowym okiem wpatrzona w przestrzeń. Po lewej kuśtyka po jedzenie pani bez szyi.
Wkładam do ust kolejny kawał mięsa i dojadam frytki, w wzrastającym poczuciu winy. Mnie stać na jedzenie, jestem zdolny do pracy, zdrowy, mam dobrą dykcję. To dobre miejsce dla mnie. Bar mleczny dla kalek.