wtorek, 12 czerwca 2012

muszę


wleciała do spokoju Mu
cha! nie siada, s(z)uka
krąży nieporadnie, 
jak pijany monsieur Schmidt wczoraj
wokół zepsutej lampy, brzęczy,
nie wiedząc w którym ko… (tu czknął głośno)

ściele jaja w szarych komórkach
nie sprzątam
na wszelki wypadek
nocą zamknięte

usta budzę przez palec
natrętna setka małych mu
aparatami liżąco-ssącymi
musca, czułkami
w czułe miejsca

wybzykany
krążę nieporadnie
jak pijany monsieur Schmidt wczoraj
wokół zepsutej lampy (tu czka mi się)
i w uszach dzwoni
wyssana z palca głoska

poniedziałek, 11 czerwca 2012

skurczy syn


dobiega w ułamku sekundy
falami szarpanymi
szczek! szczek! to mek!

nie wychylam się
podkulam nogi i świat
wpada w ramy mnożących się
drobinek ze szklanki

do najbliższego gruntu
tysiące okruchów świetlnych
trzymam się kurczowo

od siedzenia tylko siedzenie boli

środa, 6 czerwca 2012

Spotkanie z Krzysztofem Vargą w Poznaniu


17 maja 2012 r. w klubokawiarni Meskalina, Stary Rynek 6 w Poznaniu odbyło się spotkanie z powieściopisarzem, eseistą i felietonistą, Krzysztofem Vargą.

Spotkanie miało na celu promocję najnowszej książki pisarza "Trociny", wydanej w kwietniu przez Wydawnictwo Czarne. Najchętniej spisałbym wszystkie wypowiedzi autora i ubarwił sobie relację tak, jak podczas wieczoru Krzysztof Varga ubarwił rozmowę prowadzoną przez Magdalenę Koper i Grzegorza Janoszkę, młodych artystów poznańskich.

Krzysztofa Vargi nie trzeba dziś nikomu przedstawiać. Autor i jego dorobek są powszechnie znane, skupmy się wobec tego, tak jak i na spotkaniu, na tym, kim jest czytelnik Krzysztofa Vargi, kim bohater „Trocin” i o czym jest książka? Do kogo autor książki chce trafić? Z pewnością nie tworzy literatury pocieszenia, jak to sam nazwał, podkreślił, że ma świadomość, że to co pisze nie będzie atrakcyjne dla szerszych mas czytelniczych, „które w większości szukają przepisu na życie w literaturze, albo szukają pocieszenia”. Krzysztofa Vargę interesuje bohater „pęknięty, złamany, bohater, który nie jest spełniony, który ma jakiś swój wewnętrzny problem.”

Varga mówił wielokrotnie o swojej pracy pisarskiej, o zmaganiach czy łatwości tworzenia poszczególnych książek. W przypadku „Trocin” pracował zrywami, „pisałem intensywnie jakiś czas, później odpadałem zupełnie, bateria mi siadała. Odstawiałem książkę, później znowu do niej wracałem i toczyłem właściwie walkę z tą książką. W pewnym momencie chciałem juz skończyć, stwierdziłem, że nie jestem w stanie dalej już iść”. Varga mówił, że zazdrości autorom którzy są zdyscyplinowani, piszą w sposób urzędniczy, siadają do komputera czy kartki w ustalonym przez siebie z góry czasie bez względu na efekty. Zaznaczył jednak, że on słabo się w tym sprawdza, „ja potrafię bardzo intensywnie pracować przez kilka dni, a później odpadam. Jestem w stanie właściwie od rana do wieczora siedzieć w domu, pisać, pisać, pisać, a później padam, nie jestem w stanie nic napisać. I znowu, kiedy naładują mi się baterie, po kilku dniach mogę usiąść i coś pisać.”


Książka „Trociny” jest monologiem pięćdziesięcioletniego komiwojażera, Piotra. Rodzina bohatera pochodzi z Międliszewa, mazowieckiej miejscowości wymyślonej przez autora: „podoba mi się brzmienie tej nazwy, wszystko jest międleniem jakimś, wszystko co ci ludzie mówią jest międleniem, oni międlą mówiąc, międlą swoje życie, wszystko jest jakieś nieokreślone, byle jakie, i międlące?” Skąd tytuł książki? Przecież trociny to odpadki z drewna, które są bardzo lekkie. I tu Krzysztof Varga wyjaśnia „pozornie, dlatego że jeśli zwali się na nas cała kupa trocin to udusimy się, ona nas przygniecie. Trociny symbolizują tę miałkość świata, który bohatera otacza, którego on nienawidzi.”

Wielokrotnie padało pytanie, czy autor identyfikował się z bohaterem. „Zostaje dzieło, zostaje tekst i autor jest tutaj kompletnie nieistotny. Jestem zwolennikiem odcinania autora od tego, co on wyprodukował, od jego książki, dlatego że ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym być kimś takim jak mój bohater. Żyłem przez jakiś czas w myślach z osobą, z którą nie chciałbym żyć. Kiedy pisałem tę książkę, ten bohater jakoś zaistniał bardzo mocno w moim życiu, niewygodny, to było tak, że miałem go w swoim mieszkaniu, on mi towarzyszył, kiedy miałem iść do warzywniaka czy spożywczego, on szedł ze mną i mówił patrz, jacy oni są okropni, nienawidzę ich, czułem oczywiście ulgę, kiedy się od niego uwolniłem. Żyłem z nim do spółki, dwóch nas było, czyli ja, osoba istniejąca, fizyczna, namacalna i postać nieistniejąca, nienamacalna, ale o bardzo silnej psychice, która jakoś bałaganiła mi w życiu. Rzeczywiście ta jego agresja przepływała na mnie w pewnym momencie, to jest paradoksalne. Pisząc i tworząc mojego bohatera na pewno nie identyfikowałem się z nim, nie byłem jego kibicem, aczkolwiek rozumiem go”. Czy zatem Krzysztof Varga chciałby, by czytelnik identyfikował się z Piotrem? Czytelnicy przecież lubią utożsamiać się z bohaterami czytanych powieści, odnajdywać w nich siebie. Krysztof Varga nie widzi przeciwwskazań ale, jak to żartobliwie zauważył, nie polecałby, „nigdy mnie specjalnie nie interesowało. Starałem się zrobić postać niejednoznaczną, postać, która jest przepełniona frustracją, nienawiścią, która ma wściekły monolog, którym obraża i poniża wszystko, ale rzeczywiście jest taki moment, że czytający książkę ma poczucie ten facet ma momentami rację. Nie chciałbyś być nim, nie chciałbyś, żeby to był twój kumpel, ale czasami myślisz, może ta jego refleksja ma jakiś sens, być może jego widzenie świata nie jest pozbawione sensu". 

Bohater książki, Piotr, mieszka w Warszawie. Swój monolog, tyradę rozpoczyna w pociągu który zatrzymał się w polu, jak to ujął Grzegorz Janoszka „stukot kół pociągu który nagle zatrzymuje się, zamienia się w stukot jego słów”. Varga opisał Piotra jako osobę przepełnioną złością, nienawiścią, frustracją, agresywną werbalnie i ostatecznie też fizycznie. Od razu jednak autor poniekąd usprawiedliwia swego bohatera, gdyż agresja ta nie bierze się z niczego, on nie cierpi współczesności, jako tych trocin, uważa że po nas zostaną tylko trociny, dlatego że myśli o naszej współczesności jako o czymś miałkim, pustym, lekkim. Bohater „Trocin” nienawidzi tego międlenia, szuka duchowości, nie widzi we współczesnym świecie, który go otacza, żadnej duchowości. Ateista, który ma krytyczny stosunek do polskiej religijności, do Kościoła, ale tęskniący za jakąś duchowością, metafizyką. Jak mówi autor „to jest ktoś, kto mimo swojej całej niechęci, frustracji, złości ma jakąś tam refleksję, usiłuje walczyć z pustką”.

Czy spotkanie autorskie z Krzysztofem Vargą było udane? Z pewnością tak. Autor wykazując się zamiłowaniem do rozmowy, opowiadając o swojej pracy, książce i bohaterze oraz czytając obszerne fragmenty „Trocin” przekonał słuchaczy, że najnowsza jego książka jest równie ciekawa jak opowieści Vargi. Autor swoją osobowością, odpowiedziami skutecznie przekonał czytelników do siebie, swojego bohatera, do „Trocin”. Pod koniec spotkania prowadząca Magdalena Koper, zerknąwszy na zegarek zapytała, czy zdajemy sobie sprawę, że jest już 20:45. Wzmożony szum i zdziwienie w oczach zasłuchanej widowni świadczyły jednoznacznie, że nikt nie zdawał sobie sprawy z uchodzącego czasu. Krzysztof Varga porwał nas do innej rzeczywistości, z pewnością trocinowej, ale nie miałkiej i płytkiej.

Patronami spotkania byli: Wydawnictwo Czarne, WTK Poznań, Portal Epoznan.pl, Księgarnia Bookarest, Portal Stankupienia.pl i Grupa Literyczna NA KRECHĘ.

bzdurka na obol(ałą)


obol
ała! wrzeszczy
otok ślin na ustach
ten kundel nie słucha
ślepy i głupi pies dziwnie szczeka
nie! nie! nie! nie!

nie to panią toczy co
wyprowadza z domu
psa na niespacer
nieogłoszono nieposzukiwany niezaginął

kundel w kółko bieży
nos przy ziemi toczy
nieszczeknął na niepanią
co nie pies ją toczy

niepani w ustach
miele przekleństwo
i obol

sobota, 2 czerwca 2012

flażolet



palcem d elikatnie
w połowie długości struny
na dwunastym progu wytrzymałości
ściągnięta
drży nim dotknę w pobliżu mostka

echem lokuję
dź w jęki

zastanawiam się nad gatunkiem
perfum 
włos łaskocze w nos

czwartek, 24 maja 2012

Bar mleczny, cz. 2.


Solone frytki są pryszczate jak twarz młodej dziewczyny z przeciwka i kuszą jak jej małe piersi. Do frytek zwyczajowo schabowy. Zamawianie znanych potraw nie zobowiązuje do myślenia i tworzenia nowych kompozycji. Dla urozmaicenia i zabicia czasu dobieram tylko znaną mi już w smaku grochówkę. W trakcie jedzenia zupy lubię sobie naiwnie wyobrażać, jak kucharka za ścianą obtacza i smaży tuż wcześniej ubity kawałek schabu. Na szczęście olej musiał być nagrzany, bo w połowie zupy oznajmiono  - "schabowy z frytkami!". Zawsze dziwnie się czuję, gdy wszyscy wiedzą co zamówiłem. Równie dobrze mógłby mi każdy zaglądać podczas jedzenia w talerz.
Przy drugim kęsie mięsa, z wiecznie odpadającą panierką, pryszczata dziewczyna wstaje do wyjścia. Na koszulce ma wizerunek gładszej, bardziej wypielęgnowanej kobiecej twarzy, z podpisem "love".
Wszędobylskie love. W rozmowie pomarszczonych pań stolik po lewej (jedna z nich to chyba ta bez szyi), w zawołaniu kelnerki "mielony z ziemniaczkami!", choć w jadłospisie były z masłem, nie z miodem, a mi podano z frytkami, nie fryteczkami. W wyprowadzeniu inwalidy na wózku na balkon przeciwległej kamienicy też jest dużo love, zaczerpnie powietrza, w czterech ścianach cały dzień nie siedzi, depresji nie dostanie, nie wjedzie na ulicę pod samochód, a z drugiego piętra się nie rzuci. Sparaliżowany. Bóg kocha go takiego, jakim jest, więc i ja go kocham. Love jest w bezwiednym głaskaniu długich blond włosów pryszczatej dziewczyny, która pewnie w tej chwili nie myśli, że czyjś dotyk byłby milszy i bardziej love.
Nawet we mnie się zagnieździło, bo w każdym szukam braków nie tylko, by uzasadnić i uprawomocnić ich bytność w barze, ale żeby znaleźć w nich powód do zbliżenia i sympatii. Choćby ten pan w rogu sali, bez wąsów i z gęstą, równo przystrzyżoną, białą brodą. Wygląda, jakby brakowało mu żuchwy, a zarost służył jedynie pokryciu wstydliwego ubytku. Wkłada pod górną wargę kawałek sałatki warzywnej i broda zaczyna się poruszać. Przeżuwa dokładnie, czyli coś tam posiada. Przez moment przemyka mi myśl, że gdybym przysiadł się i porozmawiał, poznałbym, czego lub kogo mu brakuje, co go kaleczy i pozwala mu jadać w barze mlecznym.
Zabrakło mi odwagi, wkładam ostatni kawałek pozbawionego już panierki mięsa i przeżuwając, odnoszę po cichu talerze. W drzwiach zastanawiam się, czy zasłużyłem na obiad.

środa, 23 maja 2012

Bar mleczny


                                                                           I chociaż mamy dwie nogi,
                                                                           Ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry.
                                                                                     (Katarzyna Nosowska "O nas")


W barach mlecznych jedzą kaleki. W drzwiach pojawia się para, niska, przychuda kobieta, wykrzykująca "dzieńdobry" i o dwie głowy wyższy mężczyzna, z denkami od słoików na nosie i wysuniętą górną szczęką. Mówi "siędobly". Pan stolik na lewo skłania głowę. Narobili szumu kuśtykaniem, przesuwaniem krzeseł i dawaj do kolejki. Swojego schabowego mam już do połowy zjedzonego. Pan stolik na lewo staje, odnosi talerze i kieruje się ku wyjściu. Przychuda kobieta dopada do niego i zakrzykuje:
- A wie pan! U nas na osiedlu ostatnio poumierało tyle ludzi! Z pięcioro!
"Musieli pewnie" myślę i wsuwam kęs mięsa w usta. Pan od stolika na lewo:
- U nas w stowarzyszeniu też parę osób umarło. A Pani widzę przygłucha?
- Co, proszę?!
- Pani coś przygłucha, widzę! - pan od stolika na lewo wskazuje palcem ucho.
- A tak! Zawiało mnie! A u nas na osiedlu poumierało tyle ludzi! Do widzenia! - i wraca do kolejki.
Biorę kolejne kęsy jałowego mięsa i zagryzam frytkami bez smaku. Zapomniałem poprosić o sól. Przygłucha kobieta wykrzykuje kolejce o osiedlowych agoniach.
- Ma pani oprócz bonów do dopłaty 11 groszy - kasjerka.
- 11 groszy! To ja dopłacę!
Denka od słoików szurają nogami tam i z powrotem i noszą talerze z zupą, drugim daniem i metalowe sztućce. Skąd do cholery wzięli metalowe sztućce? Przynieśli z sobą? Nim siądą zciągają z siebie jedną z dwóch brudnych kurtek. Pani stolik na prawo siedzi z widelcem w dłoni, plastykowym, plastykowym okiem wpatrzona w przestrzeń. Po lewej kuśtyka po jedzenie pani bez szyi.
Wkładam do ust kolejny kawał mięsa i dojadam frytki, w wzrastającym poczuciu winy. Mnie stać na jedzenie, jestem zdolny do pracy, zdrowy, mam dobrą dykcję. To dobre miejsce dla mnie. Bar mleczny dla kalek.

sobota, 21 kwietnia 2012

straight erotic poem


     

                  Krzysztofowi

widzę jak sroka walczy z sikorą
o twardy orzech
do zgryzienia
lubisz to

mikrofon doskwiera i pali
gdy mylę w rozmowie imiona
szklanką zamykasz usta

rysujesz przestrzeń
by potem wszystko zatuszować
w tempie rapid
barwy mają tylko końcówki piór

erotyczne kontinuum orientacji
pozwala jedynie na podanie ręki
jak przystało na mężczyznę
nie umiem kochać

piątek, 30 marca 2012

chleba naszego powszedniego zabierz nam dzisiaj czyli jak podaż przerosła popyt

Symbole religijne przynależą świątyniom lub miejscom prywatnym wiernych. Tymczasem symbole chrześcijańskie wchodzą - z sukcesami - również w miejsca świeckie. Coś za coś. Symbol w miejscu świeckim staje się własnością kulturową i może być użyty w innych, mniej czy bardziej kontrowersyjnych kontekstach. Jednak artyści wcale nie uważają, że im wszystko wolno. W końcu mogliby sobie powiedzieć: krzyż w Sejmie, więc performance w kościele. Nie zdarzyło się jednak, żeby ktokolwiek zakłócił nabożeństwo jakąś akcją. A przecież osiągnąłby przy tym superskandal i supernagłośnienie. W sferze publicznej artysta może tyle, na ile pozwolą mu instytucje.
(Maria Anna Potocka w: Anna Zielińska, Kiedy kupa jest sztuką, a kiedy sztuka kupą?, „Gazeta Wyborcza Kraków”, 25 lutego 2012.)

symbol przedmiot lub znak zastępujący, reprezentujący, oznaczający, przywodzący na myśl (na zasadzie umowy, asocjacji myślowej) jakieś pojęcie, czynność, przedmiot, zwł. widomy znak czegoś niewidzialnego. Z gr. sýmbolon 'znak (rozpoznawczy) reprezentowany przez 2 połowy przedmiotu podzielonego między 2 osoby.

„chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”. Toś nas Boże przesycił tym chlebem, zbyt; spowszedniał nam, zbyt; podaż przewyższyła popyt, zbyt. 
Rok około 1983, siedzę w gminnej wsi na dolnośląskim w babcinej kuchni, głodny jak pies bo babcia musiała wszystkim ponarzekać na swój stan zdrowia. Nareszcie wyjmuje z szafki bochen, wyciąga nóż i kreśli nim znak krzyża. Odkraja pietkę (w poznańskim odkrajałaby kromkę) i chowa ją do pieca żeby wyschła na suchar, które o świcie dziadek przegryza popijając herbatą przed wyjściem w pole. Dziś często znakiem krzyża kładzie się na chlebie cień przelatującego nad śmietnikiem ptaka.

Krzyż też nam spowszedniał, warto byłoby się zastanowić gdzie go jeszcze nie ma, i czy mamy gdzie ewangelizować, mamy ewangelizowany sejm, każdą klasę szkolną, plac przed pałacem prezydenckim, i świeżo przekłute uszy, maczając łapska w wodzie święconej kreślimy znak krzyża tak nieświadomie i tak machinalnie, że bardziej przypomina znak litery „I” lub małej litery „b”.

Biblia, święta (?) księga chrześcijan. W tym czterowyrazowym równoważniku zdań nie pasuje obecnie tylko jedno. Ile razy w roku? Czy tylko dwa razy gdy jest koniecznie potrzebna? Bo trzeba odprawić teatralny ceremoniał wigilijnego czytania (tak, teatralny, bo nie jest to zwyczajny ceremoniał głowy domu, a z niedzielnego czytania pewno już przy wieczornej emisji „Tańca z gwiazdami” niewiele ktokolwiek z nas pamięta). Czy też za drugim razem, choć wtedy łatwiej zapamiętać gdzie ją położyliśmy, wszak dopiero wigilia minęła, gdy ksiądz proboszcz już się zbliża, już puka do mych drzwi?

Nie wywyższam się. Lepszy nie jestem. W latach 80-tych, gdy trudniej było zdobyć Biblię Tysiąclecia, pierwszy własny egzemplarz tejże udało mi się zdobyć w zgorzeleckim zborze Kościoła Baptystów. Tak, właśnie tam, dwie katolickie parafie mego miasteczka nie były w stanie sprowadzić i wyposażyć swych oddanych (wtedy jeszcze) parafian. W każdym razie nie mała ich na podorędziu. To była dla mnie bardzo ważna wtedy księga i pilnowałem jej jak oka w głowie. Wędrowała razem ze mną po Polsce, jak najcenniejszy dorobek życia. Była? W pewnym sensie jest nadal, tak jak i nadal jestem w jej posiadaniu. Tylko czy tak ważna skoro złapałem się na tym, że kładąc się spać położyłem na niej paczkę papierosów, żeby rano mieć je w zasięgu ręki? Dywagując, położenie Biblii przy mym łożu nie świadczy, jakobym ją wieczorami czytywał, wylądowała tam przypadkiem położona w poszukiwaniu całkiem innej książki. W każdym razie zastanowiłem się dlaczego straciła ona dla mnie jakąś cząstkę tajemnicy i dlaczego nie pozwoliłbym sobie na podobne zachowanie w stosunku do posiadanego Koranu? Czy jest to spowodowane przebytym wspólnie czasem, czy też tym, że należy już do kanonu „lektur przeczytanych”? Czy powód też leży na innej płaszczyźnie? Dostając Koran od imama pamiętam jego podejrzliwy wzrok i długie zastanowienie zanim poszedł po Koran. Pamiętam też z jakim naciskiem prosił o poszanowanie należyte Koranowi, bo to dla nich jest (tu bardzo mocno położony nacisk) „święta księga”. Dałem słowo, że będę go szanował. Dziwne, w czasach gdy Biblia nie była łatwo osiągalna, nie musiałem takiego słowa nikomu dawać.
„Symbole religijne przynależą świątyniom lub miejscom prywatnym wiernych. Tymczasem symbole chrześcijańskie wchodzą - z sukcesami - również w miejsca świeckie. Coś za coś.”
Właśnie. Coś za coś. Czy warto było? Czy faszerowanie krzyżami każdego miejsca na pewno przyniesie oczekiwane rezultaty? Czy uczynienie z chrześcijaństwa i jego symboli, rynku zbytu, nie jest właśnie powodem braku szacunku? Może warto było zostawić trochę tajemnicy, warto było zostawić jasny podział, miejsc świętych dla rzeczy świętych, a nie mieszać wszystko w jednym tyglu? I może zamiast skarżyć i obwiniać artystów wykorzystujących symbole religijne, warto byłoby się zastanowić, gdzie leży nasza Biblia i czy to nie nasza wina. Czy Kościół jako instytucja nie przyczynił się bezmyślną nachalnością do dewaluacji własnej tajemnicy, a będzie ona raczej postępować, bo symbole religijne wykorzystywane jako rekwizyt artystyczny nie zyskają na znaczeniu religijnym. Mogłyby, gdyby artyści działali w celach propagandowych dla Kościoła. Ale czy to leży w gestii artystów? Mogłyby też zyskać na znaczeniu estetycznym, ale też wątpliwe, prędzej w nadmiarze wykorzystywane staną się tanim chwytem marketingowym co drugiego aspirującego do miana twórcy, artysty.

Dziś, gdy po mannę z nieba możemy sobie sięgnąć sami i zależy to jedynie od naszego sprytu i zasobności portfela, modlitwa pańska winna brzmieć, „chleba nieznanego daj nam Panie, niecodziennego, innego, symbolicznego, czego znaczenie jedynie w połowie będzie nam znane”.

sobota, 28 stycznia 2012

wy parcie

fot. Romana Gałkowska

oglądając zdjęcia panikuje
ma grafikę kolorową co ma cztery rogi
których kocha których lubi
rzuca ją pod nogi
lepiej nie znać prawd nie nazwać rzeczy po imieniu
ani imienia rzeczowo nadać

pokój przedmiotów
niezmienny już układ
książek na półkach
każda ma niepowtarzalną historię
wielogodzinne dialogi powtarza w myślach
szuka(ją) granicy

odpowiada śmiechem
z siebie na głos
pampararując przypadkową melodię
metodą wolnych skojarzeń
fotografuje z okna jak szedł chodnikiem

odwraca się z bezwładnym postanowieniem
wytarcia kurzu
ten nie kocha ten nie lubi ten nie pocałuje
już