niedziela, 17 czerwca 2012

Escrava Poesia


W 1984 roku Maria Lucélia dos Santos w każdy wtorek wyludniała ulice miasta. Wracając od dziewczyny posłusznie, na ostatnią chwilę wyznaczonej godziny, spacerowałem kompletnie pustymi ulicami. Być może stąd pozostało mi zamiłowanie do nocnych spacerów po mieście. Ulice są wtedy jak nawy kościoła, uspokajają, nikt ciebie nie potrąca, nie patrzy, nie szepce. Nie musisz się domyślać, czy ktoś się modli czy komentuje twój ubiór.

Jeśli stawiasz miękko kroki, zza okien, a właściwie sprzed nich, słychać dialogi:
- Matko chrzestna, twoje myśli błądzą gdzieś bardzo daleko.
- To prawda moje dziecko, daleko.
- A mogłabym wiedzieć matko, o czym myślisz?
- Nie mam przed tobą tajemnic Isauro, myślę o Leôncio, wiesz jak bardzo go kocham, ciężko mi żyć bez niego. Nasze rozstanie trwa trzy i pół roku.

Wszystkie dialogi tym samym, miłym męskim głosem. Jak na tamte czasy zadziwiająco czystym technicznie. Moje myśli również błądzą daleko, wstecz o jakieś trzy kilometry, gdzie najchętniej wróciłbym, nie tylko po to żeby nie patrzeć na załzawioną matkę, której przecież miłości nie brakowało. Nie tylko, by nie patrzeć na ojca, którego powodów współuczestniczenia w tej swoistej wówczas wszystkim rodzinnej ceremonii nie rozumiem dotąd. Być może była to lojalność i potrzeba towarzyszenia matce, być może mechaniczne odreagowywanie rozterk ojcowsko-obywatelskich. I nie tylko po to, żeby nie patrzeć na braci, którzy nie rozumieli wtedy nawet zdania z zadanych lektur.

Moje myśli wracały tęsknie do innych dialogów, nie dubbingowanych, nie sztucznych, ale i nie przyziemnych. Dalekich od irracjonalności zdarzeń sprzed okien, gdzie po obu stronach ekranu odgrywany jest cyrk, kiepski teatr tanich wzruszeń, gdzie najbardziej naturalnym i prawdziwym jest tylko ekran czarno-białego telewizora.

W 2012 roku repertuar teatru się nie zmienił. Patrząc z boku, czy profilu, widzę linie ekranu, czarno-białą tęsknotę za dialogiem, rozmową o poezji, literaturze, sztuce. Po obu stronach linii ekranu istne sztuki teatralne. Trzeba przyznać, że technika aktorska poszła naprzód. Teraz sztuki są odgrywane naprzemiennie. Najpierw jedna grupa organizuje konkurs, nagradza i ogłasza. Potem druga grupa po przedstawieniu rozgryza obejrzany odcinek, dlaczego tak się stało a nie inaczej, oskarża i potępia aktorów, każdy snuje swoje domysły, co będzie w następnym odcinku, każdy układa jeszcze lepszy scenariusz. Potem role się odwracają, aktorzy stają się widzami, a widzowie aktorami. Kolejny odcinek i analogiczna sytuacja. Można powiedzieć, że to nieuniknione, tłumaczyć odwieczną pogonią człowieka za osiągnięciami, sławą, tłumaczyć tą wilczą gonitwę "parciem na szkło". Może lepiej sprawa ma się pozakonkursowo? Może to tylko odgrywanie roli, sztuka, jakiś specyficzny rytuał czy ceremonia?

Z taką nadzieją wracałem do pisania. Z nadzieją godzinnych rozmów o inspiracjach, tekstach, poezji, nurtach poetyckich. Z nadzieją rozmów o warsztacie literackim. Z nadzieją, że twórca jest postrzegany przez swoje dzieło. Wielokrotnie powtarzałem znajomym, podobnie jak Ryszard Milczewski-Bruno pisał do Jerzego Szatkowskiego: "Niedobrze, że nic nie napisałeś o formalnych stronach załączonych wierszy. Teraz potrzebuję ostrych słów. Szczerych. Do tych, które ci dzisiaj załączam musisz się ustosunkować trochę szerzej. Potrzebuję tego." Jaki piszący, chcący się rozwijać twórca, nie potrzebuje tego. Potrzebuje i oczekuje. Można sądzić, że tak naturalna potrzeba w takim środowisku musi się spotkać z pozytywnym odzewem. Gdzieżby indziej oczekiwać kulturalnego dialogu jak nie wśród kulturalnych osób. Czyżby?

"Kański grał na skrzypcach. Grał rzeczywiście pięknie, zdawał się nie widzieć audytorjum, a gdy skończył, był naprawdę wzruszony. Nie szczędzono mu powinszowań, a Mika, raz po raz spoglądając na Murka, czekała i jego aprobaty. On zaś nie odmówił jej tej drobnej przyjemności, co mógł zrobić tem szczerzej, że i w obejściu Kański sprawił raczej dodatnie wrażenie, w każdym razie lepsze, niż to, jakie Murek sobie wyrobił dawniej. Jednak różnił się niezbyt dla siebie korzystnie od reszty gości. Inżynier Minasowicz dyskutował właśnie z Sudrą na temat wychowania fizycznego młodzieży, twierdząc, że nie trzeba się bać oklepanych frazesów i że „mens sana in corpore sano“ ma więcej racji, niżby się zdawało. Profesor był odmiennego zdania. Wkrótce wciągnięto do rozmowy doktora Lipczyńskiego i jego żonę. Dyskusja przeniosła się na szersze zagadnienia: celowości istnienia, postępu duchowego i zadań kultury.
Przy herbacie prym w rozmowie wzięły panie i — jak zwykle w takich wypadkach — dyskusja z abstrakcyj przeszła do praktycznych dotykalnych spraw, stąd zaś do rzeczy osobistych. Ludzie ci znali się widocznie doskonale i mieli wielu wspólnych znajomych, gdyż materjału do ploteczek, bynajmniej jednak nie złośliwych, nie brakowało. Rostrząsano, dlaczego się niepowodzi temu, jak trzeba przemówić do rozsądku tamtemu, skąd są nieporozumienia wśród dawnych przyjaciół, gdzie możnaby znaleźć posadę dla bezrobotnego kolegi." (Tadeusz Dołęga-Mostowicz, „Drugie życie doktora Murka”, wyd. Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”, Warszawa 1936, rozdz. IV, str. 223-224).

Muszę cię zawieść, młody literacie. Zdarzy ci się spotkać osoby, których merytoryczne podejście posunie cię naprzód, wskaże ścieżkę, pomoże odnaleźć to czego szukasz. Zdarzy się. Z reguły jednak będziesz uczestniczył w tym irracjonalnym teatrze, rozmowy dość szybko staną się metaliterackie. Poznasz cały świat kuluarów, dokładniej opanujesz techniki zaistnienia w świecie literackim niż warsztat literacki, poznasz wspaniałe historie związków, tych bardziej i mniej twórczych, odkryjesz kolorowy świat romansów, intryg, układów, chorób psychicznych. Dziś tylko nie prowadzi się rozmów przy herbatce. Dziś takie rozmowy prowadzi się przy klawiaturze komputera lub przy piwie. Po pewnym czasie zaczniesz się zastanawiać nad powodem współuczestniczenia w tej swoistej wszystkim rodzinnej ceremonii. Być może jest to lojalność i potrzeba towarzyszenia poznanym literatom, być może mechaniczne odreagowywanie własnych rozterk. Myślisz: "Z jakąś dziką radością przyglądałem się wszystkim kamienicom po kolei i mijającym mnie ludziom... Gdzieś w tym wszystkim, co mnie otaczało, tkwił sens. A ja pomyślałem, że z braku innego zajęcia mogę go poszukać..." (Arkadiusz Buczek "Pogrzeb" w: "Opowieści poronione" wyd. vis-à-vis/Etiuda, Kraków, 2004, s. 44)

Szukaj, przyjacielu, może... zdarzy się.

kołysanka

Nikoli i Anecie

rozhuśtało
na s troje
na s tojąco kojąco
gałęzią powalonego
góra
pawim okiem - akcept
patrzy z okna - akcja
dół
ziemia przyciąga
uwagę
huśta huśtuś
pojechał juś

wtorek, 12 czerwca 2012

muszę


wleciała do spokoju Mu
cha! nie siada, s(z)uka
krąży nieporadnie, 
jak pijany monsieur Schmidt wczoraj
wokół zepsutej lampy, brzęczy,
nie wiedząc w którym ko… (tu czknął głośno)

ściele jaja w szarych komórkach
nie sprzątam
na wszelki wypadek
nocą zamknięte

usta budzę przez palec
natrętna setka małych mu
aparatami liżąco-ssącymi
musca, czułkami
w czułe miejsca

wybzykany
krążę nieporadnie
jak pijany monsieur Schmidt wczoraj
wokół zepsutej lampy (tu czka mi się)
i w uszach dzwoni
wyssana z palca głoska

poniedziałek, 11 czerwca 2012

skurczy syn


dobiega w ułamku sekundy
falami szarpanymi
szczek! szczek! to mek!

nie wychylam się
podkulam nogi i świat
wpada w ramy mnożących się
drobinek ze szklanki

do najbliższego gruntu
tysiące okruchów świetlnych
trzymam się kurczowo

od siedzenia tylko siedzenie boli

środa, 6 czerwca 2012

Spotkanie z Krzysztofem Vargą w Poznaniu


17 maja 2012 r. w klubokawiarni Meskalina, Stary Rynek 6 w Poznaniu odbyło się spotkanie z powieściopisarzem, eseistą i felietonistą, Krzysztofem Vargą.

Spotkanie miało na celu promocję najnowszej książki pisarza "Trociny", wydanej w kwietniu przez Wydawnictwo Czarne. Najchętniej spisałbym wszystkie wypowiedzi autora i ubarwił sobie relację tak, jak podczas wieczoru Krzysztof Varga ubarwił rozmowę prowadzoną przez Magdalenę Koper i Grzegorza Janoszkę, młodych artystów poznańskich.

Krzysztofa Vargi nie trzeba dziś nikomu przedstawiać. Autor i jego dorobek są powszechnie znane, skupmy się wobec tego, tak jak i na spotkaniu, na tym, kim jest czytelnik Krzysztofa Vargi, kim bohater „Trocin” i o czym jest książka? Do kogo autor książki chce trafić? Z pewnością nie tworzy literatury pocieszenia, jak to sam nazwał, podkreślił, że ma świadomość, że to co pisze nie będzie atrakcyjne dla szerszych mas czytelniczych, „które w większości szukają przepisu na życie w literaturze, albo szukają pocieszenia”. Krzysztofa Vargę interesuje bohater „pęknięty, złamany, bohater, który nie jest spełniony, który ma jakiś swój wewnętrzny problem.”

Varga mówił wielokrotnie o swojej pracy pisarskiej, o zmaganiach czy łatwości tworzenia poszczególnych książek. W przypadku „Trocin” pracował zrywami, „pisałem intensywnie jakiś czas, później odpadałem zupełnie, bateria mi siadała. Odstawiałem książkę, później znowu do niej wracałem i toczyłem właściwie walkę z tą książką. W pewnym momencie chciałem juz skończyć, stwierdziłem, że nie jestem w stanie dalej już iść”. Varga mówił, że zazdrości autorom którzy są zdyscyplinowani, piszą w sposób urzędniczy, siadają do komputera czy kartki w ustalonym przez siebie z góry czasie bez względu na efekty. Zaznaczył jednak, że on słabo się w tym sprawdza, „ja potrafię bardzo intensywnie pracować przez kilka dni, a później odpadam. Jestem w stanie właściwie od rana do wieczora siedzieć w domu, pisać, pisać, pisać, a później padam, nie jestem w stanie nic napisać. I znowu, kiedy naładują mi się baterie, po kilku dniach mogę usiąść i coś pisać.”


Książka „Trociny” jest monologiem pięćdziesięcioletniego komiwojażera, Piotra. Rodzina bohatera pochodzi z Międliszewa, mazowieckiej miejscowości wymyślonej przez autora: „podoba mi się brzmienie tej nazwy, wszystko jest międleniem jakimś, wszystko co ci ludzie mówią jest międleniem, oni międlą mówiąc, międlą swoje życie, wszystko jest jakieś nieokreślone, byle jakie, i międlące?” Skąd tytuł książki? Przecież trociny to odpadki z drewna, które są bardzo lekkie. I tu Krzysztof Varga wyjaśnia „pozornie, dlatego że jeśli zwali się na nas cała kupa trocin to udusimy się, ona nas przygniecie. Trociny symbolizują tę miałkość świata, który bohatera otacza, którego on nienawidzi.”

Wielokrotnie padało pytanie, czy autor identyfikował się z bohaterem. „Zostaje dzieło, zostaje tekst i autor jest tutaj kompletnie nieistotny. Jestem zwolennikiem odcinania autora od tego, co on wyprodukował, od jego książki, dlatego że ja nie wyobrażam sobie, że mógłbym być kimś takim jak mój bohater. Żyłem przez jakiś czas w myślach z osobą, z którą nie chciałbym żyć. Kiedy pisałem tę książkę, ten bohater jakoś zaistniał bardzo mocno w moim życiu, niewygodny, to było tak, że miałem go w swoim mieszkaniu, on mi towarzyszył, kiedy miałem iść do warzywniaka czy spożywczego, on szedł ze mną i mówił patrz, jacy oni są okropni, nienawidzę ich, czułem oczywiście ulgę, kiedy się od niego uwolniłem. Żyłem z nim do spółki, dwóch nas było, czyli ja, osoba istniejąca, fizyczna, namacalna i postać nieistniejąca, nienamacalna, ale o bardzo silnej psychice, która jakoś bałaganiła mi w życiu. Rzeczywiście ta jego agresja przepływała na mnie w pewnym momencie, to jest paradoksalne. Pisząc i tworząc mojego bohatera na pewno nie identyfikowałem się z nim, nie byłem jego kibicem, aczkolwiek rozumiem go”. Czy zatem Krzysztof Varga chciałby, by czytelnik identyfikował się z Piotrem? Czytelnicy przecież lubią utożsamiać się z bohaterami czytanych powieści, odnajdywać w nich siebie. Krysztof Varga nie widzi przeciwwskazań ale, jak to żartobliwie zauważył, nie polecałby, „nigdy mnie specjalnie nie interesowało. Starałem się zrobić postać niejednoznaczną, postać, która jest przepełniona frustracją, nienawiścią, która ma wściekły monolog, którym obraża i poniża wszystko, ale rzeczywiście jest taki moment, że czytający książkę ma poczucie ten facet ma momentami rację. Nie chciałbyś być nim, nie chciałbyś, żeby to był twój kumpel, ale czasami myślisz, może ta jego refleksja ma jakiś sens, być może jego widzenie świata nie jest pozbawione sensu". 

Bohater książki, Piotr, mieszka w Warszawie. Swój monolog, tyradę rozpoczyna w pociągu który zatrzymał się w polu, jak to ujął Grzegorz Janoszka „stukot kół pociągu który nagle zatrzymuje się, zamienia się w stukot jego słów”. Varga opisał Piotra jako osobę przepełnioną złością, nienawiścią, frustracją, agresywną werbalnie i ostatecznie też fizycznie. Od razu jednak autor poniekąd usprawiedliwia swego bohatera, gdyż agresja ta nie bierze się z niczego, on nie cierpi współczesności, jako tych trocin, uważa że po nas zostaną tylko trociny, dlatego że myśli o naszej współczesności jako o czymś miałkim, pustym, lekkim. Bohater „Trocin” nienawidzi tego międlenia, szuka duchowości, nie widzi we współczesnym świecie, który go otacza, żadnej duchowości. Ateista, który ma krytyczny stosunek do polskiej religijności, do Kościoła, ale tęskniący za jakąś duchowością, metafizyką. Jak mówi autor „to jest ktoś, kto mimo swojej całej niechęci, frustracji, złości ma jakąś tam refleksję, usiłuje walczyć z pustką”.

Czy spotkanie autorskie z Krzysztofem Vargą było udane? Z pewnością tak. Autor wykazując się zamiłowaniem do rozmowy, opowiadając o swojej pracy, książce i bohaterze oraz czytając obszerne fragmenty „Trocin” przekonał słuchaczy, że najnowsza jego książka jest równie ciekawa jak opowieści Vargi. Autor swoją osobowością, odpowiedziami skutecznie przekonał czytelników do siebie, swojego bohatera, do „Trocin”. Pod koniec spotkania prowadząca Magdalena Koper, zerknąwszy na zegarek zapytała, czy zdajemy sobie sprawę, że jest już 20:45. Wzmożony szum i zdziwienie w oczach zasłuchanej widowni świadczyły jednoznacznie, że nikt nie zdawał sobie sprawy z uchodzącego czasu. Krzysztof Varga porwał nas do innej rzeczywistości, z pewnością trocinowej, ale nie miałkiej i płytkiej.

Patronami spotkania byli: Wydawnictwo Czarne, WTK Poznań, Portal Epoznan.pl, Księgarnia Bookarest, Portal Stankupienia.pl i Grupa Literyczna NA KRECHĘ.

bzdurka na obol(ałą)


obol
ała! wrzeszczy
otok ślin na ustach
ten kundel nie słucha
ślepy i głupi pies dziwnie szczeka
nie! nie! nie! nie!

nie to panią toczy co
wyprowadza z domu
psa na niespacer
nieogłoszono nieposzukiwany niezaginął

kundel w kółko bieży
nos przy ziemi toczy
nieszczeknął na niepanią
co nie pies ją toczy

niepani w ustach
miele przekleństwo
i obol

sobota, 2 czerwca 2012

flażolet



palcem d elikatnie
w połowie długości struny
na dwunastym progu wytrzymałości
ściągnięta
drży nim dotknę w pobliżu mostka

echem lokuję
dź w jęki

zastanawiam się nad gatunkiem
perfum 
włos łaskocze w nos

czwartek, 24 maja 2012

Bar mleczny, cz. 2.


Solone frytki są pryszczate jak twarz młodej dziewczyny z przeciwka i kuszą jak jej małe piersi. Do frytek zwyczajowo schabowy. Zamawianie znanych potraw nie zobowiązuje do myślenia i tworzenia nowych kompozycji. Dla urozmaicenia i zabicia czasu dobieram tylko znaną mi już w smaku grochówkę. W trakcie jedzenia zupy lubię sobie naiwnie wyobrażać, jak kucharka za ścianą obtacza i smaży tuż wcześniej ubity kawałek schabu. Na szczęście olej musiał być nagrzany, bo w połowie zupy oznajmiono  - "schabowy z frytkami!". Zawsze dziwnie się czuję, gdy wszyscy wiedzą co zamówiłem. Równie dobrze mógłby mi każdy zaglądać podczas jedzenia w talerz.
Przy drugim kęsie mięsa, z wiecznie odpadającą panierką, pryszczata dziewczyna wstaje do wyjścia. Na koszulce ma wizerunek gładszej, bardziej wypielęgnowanej kobiecej twarzy, z podpisem "love".
Wszędobylskie love. W rozmowie pomarszczonych pań stolik po lewej (jedna z nich to chyba ta bez szyi), w zawołaniu kelnerki "mielony z ziemniaczkami!", choć w jadłospisie były z masłem, nie z miodem, a mi podano z frytkami, nie fryteczkami. W wyprowadzeniu inwalidy na wózku na balkon przeciwległej kamienicy też jest dużo love, zaczerpnie powietrza, w czterech ścianach cały dzień nie siedzi, depresji nie dostanie, nie wjedzie na ulicę pod samochód, a z drugiego piętra się nie rzuci. Sparaliżowany. Bóg kocha go takiego, jakim jest, więc i ja go kocham. Love jest w bezwiednym głaskaniu długich blond włosów pryszczatej dziewczyny, która pewnie w tej chwili nie myśli, że czyjś dotyk byłby milszy i bardziej love.
Nawet we mnie się zagnieździło, bo w każdym szukam braków nie tylko, by uzasadnić i uprawomocnić ich bytność w barze, ale żeby znaleźć w nich powód do zbliżenia i sympatii. Choćby ten pan w rogu sali, bez wąsów i z gęstą, równo przystrzyżoną, białą brodą. Wygląda, jakby brakowało mu żuchwy, a zarost służył jedynie pokryciu wstydliwego ubytku. Wkłada pod górną wargę kawałek sałatki warzywnej i broda zaczyna się poruszać. Przeżuwa dokładnie, czyli coś tam posiada. Przez moment przemyka mi myśl, że gdybym przysiadł się i porozmawiał, poznałbym, czego lub kogo mu brakuje, co go kaleczy i pozwala mu jadać w barze mlecznym.
Zabrakło mi odwagi, wkładam ostatni kawałek pozbawionego już panierki mięsa i przeżuwając, odnoszę po cichu talerze. W drzwiach zastanawiam się, czy zasłużyłem na obiad.

środa, 23 maja 2012

Bar mleczny


                                                                           I chociaż mamy dwie nogi,
                                                                           Ręce też, ludzie nie mówią nam dzień dobry.
                                                                                     (Katarzyna Nosowska "O nas")


W barach mlecznych jedzą kaleki. W drzwiach pojawia się para, niska, przychuda kobieta, wykrzykująca "dzieńdobry" i o dwie głowy wyższy mężczyzna, z denkami od słoików na nosie i wysuniętą górną szczęką. Mówi "siędobly". Pan stolik na lewo skłania głowę. Narobili szumu kuśtykaniem, przesuwaniem krzeseł i dawaj do kolejki. Swojego schabowego mam już do połowy zjedzonego. Pan stolik na lewo staje, odnosi talerze i kieruje się ku wyjściu. Przychuda kobieta dopada do niego i zakrzykuje:
- A wie pan! U nas na osiedlu ostatnio poumierało tyle ludzi! Z pięcioro!
"Musieli pewnie" myślę i wsuwam kęs mięsa w usta. Pan od stolika na lewo:
- U nas w stowarzyszeniu też parę osób umarło. A Pani widzę przygłucha?
- Co, proszę?!
- Pani coś przygłucha, widzę! - pan od stolika na lewo wskazuje palcem ucho.
- A tak! Zawiało mnie! A u nas na osiedlu poumierało tyle ludzi! Do widzenia! - i wraca do kolejki.
Biorę kolejne kęsy jałowego mięsa i zagryzam frytkami bez smaku. Zapomniałem poprosić o sól. Przygłucha kobieta wykrzykuje kolejce o osiedlowych agoniach.
- Ma pani oprócz bonów do dopłaty 11 groszy - kasjerka.
- 11 groszy! To ja dopłacę!
Denka od słoików szurają nogami tam i z powrotem i noszą talerze z zupą, drugim daniem i metalowe sztućce. Skąd do cholery wzięli metalowe sztućce? Przynieśli z sobą? Nim siądą zciągają z siebie jedną z dwóch brudnych kurtek. Pani stolik na prawo siedzi z widelcem w dłoni, plastykowym, plastykowym okiem wpatrzona w przestrzeń. Po lewej kuśtyka po jedzenie pani bez szyi.
Wkładam do ust kolejny kawał mięsa i dojadam frytki, w wzrastającym poczuciu winy. Mnie stać na jedzenie, jestem zdolny do pracy, zdrowy, mam dobrą dykcję. To dobre miejsce dla mnie. Bar mleczny dla kalek.

sobota, 21 kwietnia 2012

straight erotic poem


     

                  Krzysztofowi

widzę jak sroka walczy z sikorą
o twardy orzech
do zgryzienia
lubisz to

mikrofon doskwiera i pali
gdy mylę w rozmowie imiona
szklanką zamykasz usta

rysujesz przestrzeń
by potem wszystko zatuszować
w tempie rapid
barwy mają tylko końcówki piór

erotyczne kontinuum orientacji
pozwala jedynie na podanie ręki
jak przystało na mężczyznę
nie umiem kochać