czwartek, 1 stycznia 2015

Kierownik prasowy Stowarzyszenia Wikimedia Polska zmusi cię do współpracy, nawet gdy nie odpowiadają ci warunki.

Nie potrzebujesz pomocy w pracy, którą anonimowo prowadzisz cztery lata? Nieważne! Nawet, gdy nie wyrazisz zgody na warunki współpracy, choćby cię zszokowało nagłe zainteresowanie płatnego pracownika Stowarzyszenia wypracowanym projektem, to nieistotne. Za plecami, bez powiadomienia, kierownik prasowy zostanie administratorem założonej i prowadzonej przez ciebie strony. Pozbawi cię administracji, uczyni redaktorem i przejmie projekt. Czym dotąd zasłużyłeś? Brzydki post, wulgaryzmy? Nie, po prostu nie chcesz pomocy, więc zmuszą cię do niej nieuczciwym przejęciem projektu.

Dlaczego słowo „kradzież” w domenie publicznej? Dyskusyjne, a jednak możliwe. Kiedy? Gdy na przykład sam pracujesz nad projektem cztery lata za darmo i anonimowo, a pewnego dnia pojawia się osoba, której za to płacą, i mimo wspólnych ustaleń pozbawia cię praw do twojej pracy lub ogranicza twoje prawa. Powoli, jak to było od początku.

Cztery lata temu stwierdziłem, że tak piękny projekt jak Wikiźródła powinien przestać być hermetyczny, zamknięty tylko w swoim światku, wśród kart przepisywanych książek. Świat powinien wiedzieć o tym projekcie, śledzić jego postępy i móc uczestniczyć w nim. Założyłem profil Wikiźródeł na Facebooku. Podobnie jak wiele innych pomysłów (blog Wikiźródeł, konto na Biblionetce) i ten nie spotkał się z zainteresowaniem samych redaktorów Wikiźródeł. Celem zachowania obiektywizmu ustanowiłem administratorami kilka zaufanych osób z Wikiźródeł. Większość z nich z czasem zrezygnowała z funkcji. Co ważne: przez cztery lata nikt i nigdy, prócz mojej osoby, nie zamieścił na profilu ani jednej notki czy zdjęcia. Wielokrotnie redaktorzy byli również przeze mnie zapraszani do wzięcia udziału w pracach, do napisania recenzji na Biblionetkę, notki na bloga, czy na profil na Facebooku. Nie wykazali jakiegokolwiek zainteresowania. Więc przyszło pracować samemu. Pisać na bloga, regulować współpracę z Biblionetką i prowadzić profil na FB. Głównie poświęciłem się temu ostatniemu zadaniu. Efektem jest kilkadziesiąt postów miesięcznie, dwa wydarzenia, obchody Wielkiego Tygodnia Światowego Dnia Książki, wychodzące poza sam projekt zasięgiem i przyciągające skutecznie nowych redaktorów do projektu.

Przez te cztery lata żaden z redaktorów nawet nie zainteresował się współpracą, mimo możliwości i ponawianych propozycji. Przez ten czas żaden z współadministratorów nie dołożył się do promowania projektu. W 2011 r. zwróciłem się do administratora Wikiźródeł o zamieszczenie na projekcie linku do profilu FB, podobnie jak tego typu link zamieszczono na projekcie Wikisłownik. Odpowiedź brzmiała „możliwość techniczna istnieje. Nie popieram jednak serwisów tego typu (i dlaczego ma to być akurat ten serwis, a nie inny?), dlatego na pewno nie przyłożę do tego ręki osobiście. Możesz oczywiście podjąć dyskusję na ten temat w skryptorium i przekonać do tego inne osoby.” Wiem jak wyglądają dyskusje na projektach Wikimedia zbyt dobrze. Długie, jałowe, zniechęcające do działania. Poprzestałem na zamieszczeniu linka na swojej stronie redaktora Wikiźródeł. Podobnie nie oczekując wsparcia ze strony wolontariuszy Wikiźródeł, sam opracowałem, zorganizowałem i przeprowadziłem dwa wydarzenia mojego pomysłu, obchody Wielkiego Tygodnia Światowego Dnia Książki w 2013 i 2014 roku.

Przy okazji obu wydarzeń zapraszałem do współudziału panią Natalię Szafran-Kozakowską, obecnie, od października 2014 r. kierownik prasowy Stowarzyszenia Wikimedia Polska. Dlaczego akurat tę osobę wspominam i tę datę? To się zaraz okaże. Wyżej wymieniona pani nie tylko nie wzięła udziału w wydarzeniu, jako wikipedystka i wolontariusz nawet nie poczuwała się do tego, żeby choć udostępnić to wydarzenie. Ma takie prawo. Pewno była bardzo zajęta i nie miała czasu ani zajrzeć, ani choć udostępnić wydarzenia, żeby wspomóc w rozpropagowaniu przecież samych Wikiźródeł. I ważna rzecz, wtedy pani Natalia była wolontariuszką, nie płacili Jej za promowanie projektów, zwłaszcza projektu, przy którym nie kiwnęła palcem od lutego 2012 roku.

To się zmieniło w październiku 2014 roku. Pani Natalia została kierownikiem prasowym Stowarzyszenia Wikimedia Polska. 9 grudnia dostaję nagle informację, że kierownik prasowy jest zainteresowany profilem Wikiźródeł na FB i wyraża chęć pomocy. Przyznam, zaskoczyło mnie to. Skąd nagle ta chęć pomocy? Co na to redaktorzy i administratorzy Wikiźródeł? Przecież to nie oni, bezpośrednio zainteresowani sprawą, zwrócili się z pomocą. Zadawałem wiele pytań, skąd naraz ta pomoc i jak miałaby wyglądać. Przede wszystkim czy sami wolontariusze Wikiźródeł tego chcą i potrzebują, bo dotąd przez cztery lata nie wykazali zainteresowania. Zaproponowałem podjęcie przez panią kierownik prasową podjęcie dyskusji w Skryptorium projektu. Dostałem odpowiedź, iż Stowarzyszenie dało za zadanie m.in. pomoc w promocji projektów w mediach społecznościowych. Jak ta pomoc ma wyglądać zależy od tego, czego dany projekt potrzebuje.

Od maja, zniechęcony zaprzestałem pracować nad profilem. Prawda, gdyby przez te cztery lata ktokolwiek mi pomagał, czułbym choćby najmniejszy powiew wsparcia, choćby mentalnego, bez żalu oddałbym cały profil tak, jak jest, jakiemukolwiek wikiskrybie. Lecz takiego wsparcia nie było. Naraz po czterech latach pojawia się kierownik prasowy, który na Wikiźródłach nie edytował już od lutego 2012 r. Jak mi oznajmia, zgłasza się, bo takie zadanie przydzielił Zarząd Stowarzyszenia i pani Natalia wierzy, że to jest ważne i fajne. Jak dotąd nie wierzyła w ważność i fajność. Do wiary potrzeba jeszcze polecenia odgórnego i wynagrodzenia. Mam oddać pomysł i projekt osobie, która od czterech lat nie ma pojęcia nawet co się na Wikiźródłach dzieje? Pani kierownik stwierdziła, że na początek może porozmawiać ze społecznością i dowiedzieć się czego potrzebują. Nie uczyniła tego. Za to nie zapomniała zasugerować, że powinienem dać do wiadomości, iż Wikiźródła mają przekroczone 150 000 stron oraz, że Wikiźródła powinny mieć na profilu zmienione logo na okolicznościowe. Hola, hola! Jeszcze nie podjęliśmy współpracy, a pani kierownik już wie, co powinienem dać na profilu projektu! Od lat promuję jakość na Wikiźródłach, projekty zrobione solidnie, do końca. Wiem jakie jest te statystyczne 150 000, wiele przepisanych na ilość, bez korekty, często niechlujnie. Mam to promować? Widząc, jak będzie wyglądała ta współpraca podjąłem decyzję, jako założyciel profilu i wieloletni jego opiekun: „proszę o założenie nowego profilu Wikiźródeł, ja podam w wiadomości obserwującym link do nowego profilu i usunę dotychczasowy profil”. W uzasadnieniu podałem powód: „społeczność nie tylko nie przyłożyła do tego palca, wręcz sama część tej społeczności próbowała przeszkadzać, robiłem dobrą robotę wbrew tej społeczności, a teraz, gdy de facto Tobie za to płacą, to choć do tej pory olewałaś zaproszenie, nie udostępniłaś nawet efektów pracy, chcesz wejść na gotowe i pomóc? Więc tak, to jest moja praca, czteroletnie nie sypianie po nocach, za free, bezimiennie. Chcesz promować ilościówkę gotowym, dobrym jakościowo projektem, to wybacz Natalia, ale wypracuj to sobie.”

Tuż wcześniej dowiedziałem się od pani kierownik prasowego, że jeśli jest ktoś, kto prowadzi i chce to robić - nie wcina się, proponuje, podrzuca. Jeśli ktoś chce prowadzić razem, to tak robimy. Jeśli nie ma nikogo - bierze to na siebie.

I wzięła to na siebie dosłownie.

10 grudnia 2014 otrzymałem zapewnienie, iż pani kierownik poinformuje Stowarzyszenie, że tak stawiam sprawę. Nastała cisza. Oczekiwałem decyzji Stowarzyszenia i podania linka do nowego profilu, by uczciwie poinformować obserwujących profil i czytelników o zmianie adresu. 31 grudnia miałem zamiar ponownie zapytać panią kierownik o adres nowej strony. Jednak koniec roku, ludzie się bawią, przekładam zapytanie na kilka dni. Pytanie nie padło. Pani kierownik prasowy u jednego z współadministratorów załatwiła nadanie sobie praw administratora.
1 stycznia 2015 roku o godzinie 12:13 nadała mi, założycielowi i administratorowi profilu, rolę redaktora strony Wikiźródła. O godzinie 12:31 wprowadza na profil pierwszy post. O godzinie 12:35 dostaję informację, że na profilu Wikiźródeł pojawił się nowy wpis, autorstwa pani kierownik. Pani kierownik wie, że jest to wbrew moim życzeniom. Jednak jej zdaniem rozwiązanie polegające na kasowaniu profilu byłoby niewłaściwe, ponieważ byłoby to marnowanie pracy, którą w ten profil włożyłem. Strona korzysta z logotypu i nazwy Wikimedia Foundation, co oznacza, że nie jest prywatną własnością - lepiej budować, niż niszczyć. Pani kierownik wyraziła też nadzieję, że uda nam się wspólnie, sensownie pracować nad tą stroną i serdecznie mnie do tego zaprasza. Pani kierownik prasowa przyznała, że na redaktora zmieniła mnie, wiedząc, że zanim emocje opadną, mogę reagować gwałtownie, oraz zapewniła, iż admina odda mi bez problemu, gdy te opadną.

Nie, pani Natalio. Powtarzam, to była moja wieloletnia praca za darmo, zawsze anonimowo, często nawet wbrew samym Wikiźródłom. Pani za to płacą, nie pozwolę, żeby pani teraz spijała śmietankę i dyktowała warunki już wypracowanemu projektowi. Chce pani efektów, choć nie potrafiła pani rzeczowo ani wytłumaczyć nagłego zainteresowania pomocą, tłumacząc to poleceniem Stowarzyszenia, ani nie uwzględniając, że ja tej pomocy już nie chcę i nie potrzebuję, ani nie oferując żadnych konkretnych warunków współpracy, chyba że miało być tym stawianie wymagań, co powinienem zamieścić na profilu projektu, który znam jeśli nie lepiej, to znacznie świeżej niż pani. Pani otrzymuje za to wynagrodzenie, proszę sobie na to zapracować, tym bardziej, że jak dotąd nie wykazała pani najmniejszej inicjatywy w promowaniu profilu Wikiźródeł.


Nie widzę możliwości współpracy z nieuczciwie zagrywającymi osobami. Byłem gotów zrezygnować ze swojej pracy, oddać 250 czytelników i obserwatorów, przekierować ich na nowy profil. Wolała pani nieuczciwie ukraść prowadzenie profilu. Wobec powyższego zdecydowałem o usunięciu mojej pracy. Swoimi rękoma nie będę podpisywał się pod nieuczciwością i kradzieżą. Życzę miłej pracy i owocnego wynagrodzenia. Od zera pani nie zaczyna. Nie życzę sobie, by w dalszym ciągu wykorzystywać nazwę dwukrotnie przeprowadzonego wydarzenia "Wielki Tydzień Światowego Dnia Książki i Praw Autorkich". Pomysł, nazwa, organizacja i prowadzenie tego jest moim pomysłem i moją pracą nie udostępnioną na wolnej licencji. Jak to będzie w rzeczywistości z moim życzeniem? Nietrudno zgadnąć.

niedziela, 9 marca 2014

spacja kolejowa

przez szyby
źle patrzy
z oczu nie płyną
zmysły
zmyślają

stoi nieskładnie
lepiąc słowa gubi znaki
wymyśla
na czym świat stoi

na peronach znaki przystankowe
każą strzec się pociągów
do słowa od słowa
prowadzi półpauza

na Brzasku gdy gasną latarnie
Świ(a)t nabiera wyrazów
w usta
kontury stają się
ostre
powietrze wypełnia
po łyka

Poznań, 9.03.2014 r.

sobota, 8 lutego 2014

„Nie wszystkie prawdy są dla wszystkich uszu.” (Umberto Eco „Imię róży”)

Coraz mniej humanizmu, a coraz więcej techniki i technicznie rozumianej ekonomii. Coraz mniej myślenia, coraz więcej liczenia. Jest tendencja, żeby doceniać to, co skuteczne ad hoc, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne, a spychać na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Ta tendencja jest stara. Nowe jest to, że nie umiemy się jej przeciwstawić. W XIX w. był podobny kryzys. Fascynacja materią, technologią, fizyczną rzeczywistością. Pojawił się humanistyczny deficyt odczuwany z podobną intensywnością jak dziś.
Tadeusz Gadacz Nie ma szczęścia bez myślenia, „Polityka” wydanie specjalne, 6/2010.

fascynacja (łac. fascinatio ‚zaczarowanie; oczarowanie’ od fascinare ‚czarować’. ) – oczarowanie, olśnienie, urok, urzekający wpływ.

Pamiętam kolegów mojego ojca, wyciągających z szuflad stare klasery z takim namaszczeniem, jakby Najświętszy Sakrament wyjmowali. Mogliśmy jedynie oglądać, jak przewraca strony i opowiada o każdym z tych obiegowych , postemplowanych znaczkach całe historie, od kogo przysłany, za co wymieniony, jak długo szukany. Układane seriami. Między nimi puste miejsca na te wciąż poszukiwane. Inni walczyli zaciekle z żonami o kolejną szufladę na kartony z pocztówkami. Pamiętam błysk ich oczu, czułość ręki wygładzającej i czyszczącej z kurzu skarby. Te pijane radością spojrzenia zaczarowanych „dorosłych dzieci”.

Pamiętam, jak pierwszy raz trzymałem w dłoni modlitewnik z XIX wieku, jak patrzyłem na te pozłacane brzegi, metalowe rogi i klamrę, jak sprawdzałem zapach starych wieków. I wiem jak dziś patrzę na szwedzkie wydanie Biblii z 1876 roku. Nie rozumiem ani jednego słowa, ale czytam, każdą literę tego specyficznego gotyckiego pisma. I wącham karty tak jak kwiaty zebrane i podtykane mi pod nos przez córki. Wtedy panuje cisza niczym niezmącona, czar przenosi mnie w jakieś nieokreślone miejsce, w moje własne wonderland.

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie się ze skrybami w „Imieniu róży” Umberto Eco. Wyobrażałem sobie ich żmudną pracę, jakże wtedy trudną. Wyobrażałem sobie jak wręcz malują te książki, każdą pojedynczą literkę. Już wtedy urzekały mnie inicjały. Czy „dawna róża pozostała tylko z nazwy, same nazwy nam jedynie zostały”? (Bernard z Morlay)

Dziś urzekają mnie zaczarowani ludzie, kolekcjonuję osoby zafascynowane, czymkolwiek, poświęcający każdą wolną chwilę na swój magiczny świat. „Badaj twarze, nie słuchaj tego, co mówią usta” (Umberto Eco „Imię róży”). Więc zbieram, badam, przewracam ludzkie kartki, błysk zauroczonych oczu, efekty ich pracy. Szanuję,  podziwiam ich i cieszę się jak dziecko gdy osiągną coś, czego ja nie potrafię, bo to mnie urzeka, czaruje, fascynuje i jako intelektualnego pasożyta karmi.

Może dlatego w dzisiejszym szybkim świecie, gdzie nie ważne jak, byle szybko coś zrobić, byle łatwiej i taniej, byle przejść do następnej edycji, fascynują mnie „szare eminencje” Wikiźródeł, przepisujące stronę za stroną, poprawiające wielokrotnie inicjał, bo rozmiar czcionki nie jest jeszcze zbliżony do skanu. Bo to co skuteczne, pragmatyczne, utylitarne, użyteczne spycha na margines wszystko to, co uczyniło nas ludźmi. Bo pojawił się we mnie humanistyczny deficyt. Bo gdy „nocne WYPYCHANIE PTAKÓW” i „nocne KURSY STENOGRAFII” trwają, wiem że nie pojedzie zaczarowana dorożka bez zaczarowanego dorożkarza i zaczarowanego konia.
 

niedziela, 8 grudnia 2013

Bar mleczny, cz. 4.

Zastanawiam się nad zdziwionym spojrzeniem ekspedientki, gdy zamawiałem chwilę wcześniej dwie porcje obiadu, a Kasia marszczy brwi obserwując zawartość talerza. Dokładnie przeszukuje jedzenie i okłada brzeg talerza aureolą cząstek nie nadających się do spożycia, mimo aktualnej daty przydatności. Przy każdym odłożonym kawałku krzywi się z niesmakiem dokładnie w ten sposób,  jak wtedy, gdy ją przynudzam rozmową. Zaczyna jeść już na pół zimną zupę.

Uwielbiam ludzi z nerwicą natręctw. Dają się długo smakować, powtarzalnością i regularnością uczą cię siebie na pamięć i budzą zaufanie.

Po drugiej stronie ulicy z kamienicy wychodzi dozorczyni. W chustce na głowie zamiata chodnik, zawsze od prawej strony. Kiwa głową z uśmiechem przechodzącym mieszkańcom i na standardowe „co słychać” opowiada krótką, lecz stałą historię ostatnich lat swego życia. O wizycie w szpitalu, chemii, złym samopoczuciu i o tym, że wszystko jednak będzie dobrze.

– Pewnie kiedyś tam trafię – mówię, patrząc przez witrynę na charakterystyczną chustkę dozorczyni.

– Nie mów tak – przerywa Kasia, jednocześnie łapczywie wkładając do ust łyżkę zupy, odgarniając ręką włosy i zerkając spod czoła, jak zwykle przelotnie.

– Dlaczego? – pytam zdziwiony, przekonany, że tryb życia przesiąknięty 200 mg substancji smolistych na 1,6 mg nikotyny dziennie niechybnie mnie zaprowadzi na onkologię.

– Bo będę płakała.

W tym samym momencie oboje wiemy, że nie będzie. Nie zostawiamy po sobie resztek i okruchów.

Trzy stoliki dalej pani w jaskraworóżowym stroju nachyla się konspiracyjnie nad siedzącą przy niej młodą dziewczyną. Trzymając ją lekko za rękę, jakby sprawdzając obecność, szepce opowieść o tym, jak straciła wzrok, jak często stoi na środku chodnika godzinami, oczekując na pomoc w dojściu do domu. Opowie też o programie telewizyjnym z jej udziałem. Zawsze zastanawiam się, czy gdy traciła wzrok, nauczyła się na pamięć ruchu rąk i ciała przy ubieraniu się, czesaniu zawsze identycznej fryzury i dokładności zawsze jednakowego makijażu.

Kasia dokładnie czyści widelcem dno talerza. Nigdy nie zostawia resztek i okruchów. Jaskraworóżowa, niewidoma pani na obcasach, trzymając pod rękę dopiero poznaną towarzyszkę, ze znanym mi pewnym uśmiechem, pozwala się odprowadzić do domu. Dozorczyni zamiata teraz sień kamienicy. Za chwilę skończy pracę i pójdzie do mieszkania. Tam, już łysa i bez chustki, siądzie do obiadu. Wkładam płaszcz i jednocześnie wyciągam papierosa z paczki w prawej kieszeni. Zapalę go zaraz po wyjściu z baru.

Jestem chory. Nie mam raka, mimo że palenie zabija, ani Alzheimera mimo coraz krótszej pamięci, a nocne czytanie i ruskie okulary z bazaru powodują, że coraz więcej dostrzegam. Układam dokładnie krzesła w rogach stolika do poprzedniej pozycji. Jestem chory i jutro zjem tu obiad, sam.

niedziela, 6 października 2013

głos zzaściany

gdy mimochodnie dotknie
za chwilę biję
głową w róg muru
i rogiem w czoło ściany
za biję chwilę
(w) słabości
za wyję
kwilę chwilę

czwartek, 20 czerwca 2013

claustrum


"Jak brutalnie narasta panika, jeśli nie można znaleźć czegoś potrzebnego...
Mieszkanie staje się wtedy wrogiem."
                                                     (Jonathan Carroll)

opasany się snuje
domyślny rozkład ścian
ciepło
podkloszowe smali
tsss
pełzając
za węża pola minowe
dech zapiera o próg

cedzi zza
ściśniętych zębów
zgrzyt zamka
przyprawia ostro
ciepły obiad obład obłee cieepłoo
spełzło
skapło
kap
kap
zimno
brzmią dźwięki jęki podłogi
podtynkowe szmery
piją wiją kłują
chłodno
penetrują środkowe ucho

drżą mięśnie
rzucane mięso
słów paraliżuje
para z ust
liż liż
para liże krwi obiegi
śliny kolejna seria
pięścią po ceglanych żebrach
zimno

poniedziałek, 20 maja 2013

actum


straciłem twarz
pożyczoną do teatru powszechnego
dla dobrze rokującego aktora
w scenie aktu
sufler źle podpowiedział
z widowni poleciały gwizdy i pomidory
pozostawiając trwałe ślady
nieprzydatności do użycia

wtorek, 14 maja 2013

Wolna kultura po trupach do celu czyli jak zostać krytykiem artystycznym


Piosenkarka Natalia Fiedorczuk wydaje album pod tytułem „Wynajęcie”. Nie byłoby w tym nic doniosłego w takim stopniu, w jakim się stało przez sposób w jaki autorka to zrobiła. W wywiadzie udzielonym Małgorzacie Czyńskiej w Wysokich Obcasach przyznaje, że zdjęcia do albumu pochodzą z największego w Polsce internetowego serwisu nieruchomości Gumtree („zapisywałam zdjęcia na dysku, wysyłałam je znajomym, zagłębiałam się w ten świat”, „autorami są właściciele, anonimowi oferenci. Oficjalnie wysłałam wiadomości do tych anonimowych oferentów, do których udało mi się dotrzeć przez Gumtree, z prośbą o zgodę na wykorzystanie fotografii. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Tym samym zdjęcia przechodzą w ''publiczną przestrzeń internetu''. Owszem, mogłam sama fotografować te wnętrza, chodząc na spotkania z oferującymi wynajem”).

Widziałem książkę na issuu. Mało, że żadne ze zdjęć nie jest podpisane imieniem i nazwiskiem autora, ale na stronie tytułowej napisano wyraźnie, że zdjęcia pochodzą z archiwum Autorki.  To ewidentne przywłaszczenie autorskich praw osobistych. Jednakże autorka albumu ostatnio także tłumaczy się prawem autorskim: 
"Prawo autorskie chroni wyłącznie przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze (art. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych). Oznacza to, że ochroną prawno autorską objęte są takie fotografie, które są oryginalne (wcześniej nikt, takiej fotografii nie zrobił) oraz noszą piętno autora. Nie każda fotografia jest więc chroniona prawem autorskim. Jednym z pomocnych badań w określeniu indywidualności danego wytworu (fotografii) jest tzw. badanie statystycznej jednorazowości. (...) Takich cech nie mają fotografie wnętrz lokali, które mają na celu przedstawienie umeblowania tego lokalu i jego ogólnego wyglądu. Większość osób poproszonych o zrobienie takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie."
"art. 29 ust. 1 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnieniem lub prawami gatunku twórczości. Jeżeli jakaś fotografia wnętrza mieszkania, uznana zostałaby za podlegającą ochronie prawnoautorskiej, to taką fotografię, można zamieścić w książce poświęconej wynajmowi mieszkań, bez konieczności uzyskiwania zgody jej autora."

Tyle, że pani Natalia wyrwała zdanie z kontekstu, bo art. 1 punkt 1 w pełni brzmi:
„Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia”. 
Pominęła też punkt 4: „Ochrona przysługuje twórcy niezależnie od spełnienia jakichkolwiek formalności.”

Powołując się na artykuł 29 zapomniała spojrzeć, że tenże pochodzi z rozdziału o tytule „Dozwolony użytek chronionych utworów”, który zawiera również artykuły mówiące:
Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości.  (art. 34)
oraz
Dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy. (art. 35)

Skoro, jak sama stwierdza, "większość osób poproszonych o zrobienie takiej fotografii zrobiłaby ją podobnie", czemu zatem nie wykonała tych zdjęć sama? Pani Natalia nie zdecydowała się na ten ruch, "bo wiem, że jako osoba mająca do czynienia z fotografią, estetyką czy projektowaniem mogłabym zacząć szukać w tych wnętrzach ''czegoś ładnego'' - ot tak, z przyzwyczajenia." Jest na to rozwiązanie, wystarczyło poprosić kogoś znajomego nie mającego do czynienia z fotografią o wykonanie tych zdjęć, najlepiej za pomocą idiotaparatu.

Co to ma wspólnego z wolną kulturą? Otóż część zwolenników i propagatorów wolnej kultury zachwyciła się tą obroną pani Fiedorczuk, powołując się na jej słowa. U zwolenników wolnej kultury zaczynają się pojawiać głosy oceniające, co jest utworem, a co nie, nie biorące pod uwagę zdania autorów dzieła. Do czego to prowadzi? Do tego, że zwolennik wolnej kultury zaczyna podważać indywidualny charakter działalności twórczej, żeby znaleźć uzasadnienie do wykorzystania czyjejś twórczości bez pytania o pozwolenie, ba, zaczyna wymagać od twórcy, by wykazał, że jego dzieło ma taki charakter. Gorzej jeszcze, zaczyna orzekać, że to dzieło czy to zdjęcie nie jest utworem, więc jest „publicznym”, czytaj wspólnym, wolnym do swobodnego wykorzystania. Tylko pytam na jakiej podstawie?

Najśmieszniejsze jest to, że o tym czy coś jest dziełem czy nie, najwięcej ostatnimi czasy w dyskusji o prawach autorskich mówią nie twórcy, nawet nie krytyka artystyczna, ale ci, którzy są bezpośrednio zainteresowani odbiorem i wykorzystaniem dzieł, czyli odbiorcy.

Do czego to może prowadzić? Przykładowo weźmy twórczość pani Katarzyny Kozyry. Znamy wszyscy historię jej „Piramidy zwierząt”. Do dzisiejszego dnia ta instalacja dla specyficznej części społeczeństwa nie jest dziełem, sztuką, lecz przestępstwem i zbrodnią wobec praw zwierząt. Podobnie sztuka autorstwa Włocha Maurizio Cattelana dla katolików z Krucjaty Młodych jest bluźnierstwem. Tak samo "chrześcijanie z całego świata są oburzeni wystawą Richarda Hamiltona", która również okazuje się bluźnierstwem.

Czy na pewno odbiorca ma decydować o tym, co jest dziełem, a co nim nie jest? Jeśli tak jest, to w Polsce, zależnie od tego, kto będzie u steru, czy populista czerpiący głosy z moherowych zasobów, czy ktokolwiek inny, twoja praca raz okaże się utworem, sztuką, a za parę lat może okazać się nic nie warte, dozwolone do swobodnego wykorzystania, nawet bez pytania ciebie o pozwolenie, bez podania twojego autorstwa, dlatego tylko, że ktoś nie uzna indywidualnego charakteru twojej pracy.

Przekonany jestem, że to autor przede wszystkim powinien decydować, czy to co zrobił jest dziełem. To autor powinien w pierwszym rzędzie decydować, co się z jego utworem będzie dziać dalej. To jest jego praca i jego własność. To autor musi się zmierzyć z krytyką, to on ryzykuje publikując, że stanie się albo pośmiewiskiem, albo rzeczywiście uznany zostanie za artystę. To nie odbiorca ma decydować, czy może wykorzystać czyjąś pracę, bo według odbiorcy ta praca nie jest utworem. Owszem, odbiorca może wyrazić się pozytywnie lub negatywnie, uznać coś za sztukę lub nie, ma do tego pełne prawo, ale nie ma prawa wykorzystywać bez zgody twórcy czyjegokolwiek utworu.

Siła wolnej kultury, możliwość jej rozwoju tkwi w twórcach. Wolna kultura nie wygra jeśli nie przekona twórców do siebie. Nie zrobi tego jednak naginając prawo autorskie, nie szanując niezbywalnych praw autorów lub broniąc czy powołując się na takie zachowania jak pani Fiedorczuk, nawet nie skandaliczne, ale nieodpowiedzialne jak zachowanie beztroskiego nastolatka ściągającego zdjęcia z Internetu do gazetki szkolnej.

Wolna kultura tak, ale nie za wszelką cenę i z pewnością nie przeciw autorom. Droga wolnej kultury to bezwzględna uczciwość wobec autorów i poszanowanie ich praw, to układ z twórcami, przede wszystkim za ich zgodą. Źle się stanie jeśli zwolennicy wolnej kultury zrażą do siebie twórców beztroskim postępowaniem, naginaniem ich prawa do własności. Jeśli autorzy będą przeciw wolnej kulturze ze strachu przed nadużyciem ich dzieł, z troski o swój dorobek i swoje prawa, już nie tylko majątkowe ale i niezbywalne prawa autorskie osobiste, to przegraliśmy. Wolna kultura w ostatnich latach poczyniła ogromny krok naprzód, lecz przyklaskując takim zachowaniom jak pani Fiedorczuk, robi dwa kroki wstecz.

Boję się takich głosów wśród propagatorów wolnej kultury, boję się, że kiedyś zobaczę jakiś swój materiał, wykorzystany bez mojej zgody lub podpisany nazwiskiem kogoś, kto nie uzna w moich materiałach cech indywidualnych utworu.

niedziela, 5 maja 2013

Nie ściągam majtek przez głowę


„Bayer Full ma już 27 lat. (…) Mimo że członkowie zespołu mają swoje lata, to na koncertach na scenę ciągle lecą staniki z numerem telefonu, a zespół koncertuje od Australii po Amerykę.”
Judyta Sierakowska, „Disco ponad wszystko”, Puls Biznesu Weekend, wrzesień 2011 r.

Rzeczywiście über alles, disco rządzi się swoistymi prawami. Czy tymi samymi prawami może rozporządzać się każda dziedzina sztuki? Czy sztuka może być ponad wszystko, ponad wszelkie zasady i wymogi, wymóg jakości?

Dotarła do mnie informacja, że opublikowano nowy, 9 w 2013-tym roku, numer ArtPapieru. Zajrzałem, czasami czytam tam ciekawe felietony czy wywiady. Machinalnie klikam na dział poezji. Przeklęty zwyczaj, natrętny podobnie jak klikanie w aktualizowane zdjęcia profilowe znajomych na Facebooku. Na ArtPapierze również znajome mi zdjęcie i równie znajome nazwisko - Przemysław Witkowski. No ba. Nie byle kto w świecie literackim. Poczułem się, jak na koncercie rockowym w momencie wyjścia oczekiwanej gwiazdy na scenę.

Zobaczmy, co opublikowano, tym bardziej że dawno nie miałem okazji śledzić działalności tego dość czynnego artystycznie twórcy. Wybaczcie, że nie zacytuję tu tekstów z powodu ich miniaturowych rozmiarów, więc zacytowanie równałoby się publikacji, a to balansować może na granicy łamania autorskich praw majątkowych.

Pierwszy wiersz, „Polonia restituta”, mógłby pretendować  do próby uwspółcześnienia wiersza Tuwima „Idzie Grześ przez wieś”. Mógłby, lecz jest problem, nie tylko w tym, że brak tu tego rodzaju rytmiki, problem w tym, że brak temu tekstowi czegokolwiek. To obrazek, spostrzeżenie, ani oryginalne, ani błyskotliwe. Poeta nie należy do młodych wiekiem na tyle, by dla niego przedstawiony obraz był czymś nowym, taki obrazek jest „polski” już od wielu lat, nie widzę tu niczego, co w Polsce zostało odzyskane. Nie sądzę też, że poeta dotąd żył w jakimś zamknięciu, oderwaniu od rzeczywistości, by te spostrzeżenie było dla samego autora czymś tak odkrywczym i pobudzającym do napisania tekstu. Przykro mi, tym razem nadania orderu za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, sportu, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej, ani też za rozwijanie dobrych stosunków z innymi krajami - nie będzie.

Druga miniatura to „swetry”. Ale te tureckie, czyli wracamy do przeszłości. Wiersz na topie, bo moda lat, gdy tureckie sweterki były standardowym ubiorem większości eleganckich polskich mężczyzn, zatoczyła koło i dziś często świetnie się odnajduje w tym jakże innym współczesnym świecie. Swetry Witkowskiego są stare, sprane. Z sentymentem wyciąga je z szafy. Sentymentalizm jednak, podobnie jak zakochanie, nie powinien być przewodnim, a już zwłaszcza nie powinien być jedynym motywem do napisania wiersza. Może być impulsem, myślą początkową, niczym więcej. Za tym powinny dalej pójść przemyślenia, praca nad tekstem.

Ten tekst to nie zła myśl, może być wykorzystany jako ciekawy wstęp do jeszcze ciekawszego wiersza, lub nawet, przy dobrej kompozycji, jako przerywnik lub kadr w większym obrazie, w cyklu wierszy. Tylko wtedy nie widzę możliwości publikacji takiego utworu jako wyrwanego z kontekstu całości dzieła. „swetry” jednak pozostały na etapie fazy wstępnej, pierwszej myśli, dostrzeżonego obrazka, chwili. Mam wrażenie, że sam autor nie bardzo wie, co tak naprawdę chciał powiedzieć, a już absolutnie nie zaprzątnął sobie głowy tym, jak to powiedzieć. Staram się jak mogę sięgnąć drugiego dna, z tego niewielkiego zbioru wersowych fiszek, powiązać jakieś obrazy, ale one są niejasne, jak u niechlujnego studenta. Ten tekst jest tak nieokreślony, jak zawarte w nim wielokrotnie słowa „ktoś”, i jak nieokreślony jest „ten dzień”. Staram się dociec, jaki wyjątkowy dzień jest wart takiego upamietnienia. Czyżby autor miał na myśli dzień Bożego Narodzenia w latach siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych, moment gdy dziecko wyciąga spod choinki turecki sweterek? Tylko te spod choinki były nowiutkie, świeże, drzewko nie stało w szafie, a jak wspomnieliśmy, swetry Witkowskiego są stare i sprane.

Józef Tretiak w szkicu „Adam Asnyk jako wyraz swojej epoki” (KSW, Kraków 1922, s. 36) napisał: „Nie jest zadaniem poezji lirycznej, ani w ogóle poezji, konsekwentne rozwijanie jakiejś myśli we wszystkich kierunkach, wyczerpywanie wszystkich jej zastosowań.” Zgadzam się, nie mylmy sztuki z podawaniem kawy na ławę, czy wielkanocnym laniem wody. Lecz nie mylmy także spostrzeżenia, sentencji, myśli zapisanej na naprędce znalezionej kartce, z wierszem czy poezją. Pisanie miniatur to nie tworzenie fiszek, to nie sentencjonalizm. Według mnie to jedna z trudniejszych form poetyckich. Nie jest łatwo w miniaturze zawrzeć to, co się chce powiedzieć. Miniatura często wymaga więcej pracy, kreślenia, poprawek, niż zwykłego rozmiaru wiersz. Pisanie haiku to coś znacznie więcej niż jego trójwersowa budowa o liczbie sylab 5-7-5.

Dalej Tretiak pisze, że do poezji „należy tylko budzenie uczuć i myśli, rzucanie ziarna w duszę słuchacza, ziarna, które tam potem samo będzie kiełkować i rozwijać się, i im więcej własnych soków dusza słuchacza użyczy temu rozwojowi, tym większą radość sprawiać mu będzie zbudzona w nim myśl lub uczucie.” Czy wiersze Witkowskiego rzuciły we mnie jakieś ziarno? Tak, kilka ziaren padło.

Zastanawiam się, czym kierował się Przemysław Witkowski wysyłając te teksty noszące znamiona niemocy twórczej, czy wręcz pisania "na odpieprz". Czy autora termin gonił? Redakcja pisma wysłała maila z prośbą o teksty na tyle zaskakującego, że autor chwycił to, co miał pod ręką? Czy też autor z nudów sięgnął po stare notatki, jak do tej szafy ze starymi spranymi swetrami, i poczuł nagłą potrzebę wykorzystania ich, bo szkoda żeby się zmarnowały? Dobrze, więc można nad nimi popracować, rozbudować, przebudować, niekoniecznie publikować. To, że budowa stanęła, a wylanych fundamentów żal, nie oznacza, że teren można oddać na boisko szkolne.

A może to stan charakterystyczny dla wielu twórców muzyki? Starzeją się, coraz mniej sił na koncerty, płyty nie idą, nic nowego nie wymyślę, więc na bazie dotychczasowej popularności strzelę tekścik popowy, chrzanić dotychczasowych fanów a 12-latki niech się jarają. Parę koncercików, będzie pisk pod sceną, bo śpiewa dla państwaaaaaaa!!!! Piaaaaaseeeeek!!!! Piaaaaaaseeeecznyyyyyyy! WOW!

Tylko „okruchy jesieni” „w liniach życia” mego nie przyprawiają o „wielkie lśnienie”. Czterdziestodwuletni wokalista śpiewający na scenie sentymentalne pieśni mnie nie bierze, nie podnieca, nie ściągam majtek przez głowę. Jego osobowość, ta telewizyjna, na mnie nie wpływa, chyba, że odstręczająco.

Może to mój błąd, że wciąż patrzę na tekst, w oderwaniu od tego, kto go napisał. Może to mój błąd, że staram się nie patrzeć na tekst przez pryzmat autora, staram się nie podniecać tym, kto go napisał, a podniecać się jakością samej treści. Uważam, że teksty publikowane winny charakteryzować się jakąś jakością, wartością, ale wynikającą z poziomu artystycznego tekstu, nie z tego, iż autorem jest osobnik o takim a nie innym nazwisku.

Tu pojawia się kolejne zasiane przez Witkowskiego we mnie ziarno. Na jakiej zasadzie publikuje się takie teksty? Czym kierują się redaktorzy pism dobierając wiersze do publikacji? Rodzaj publikowanych tekstów świadczy poniekąd o poziomie pisma. Wątpliwe w przypadku tych wierszy jest kierowanie się jakością. Rozumiem, że nazwisko Witkowski w powiązaniu z imieniem Przemysław znaczy niemało, że podobnie jak ja, inni również z tego powodu zerkną do pisma. Lecz czy redaktor musi się tym kierować? Nie chcę myśleć, że teksty zostały opublikowane tylko ze względu na to, że autor posiada takie a nie inne imię i nazwisko. Nie brakuje w polskim świecie literackim dobrych twórców, także tych z "nazwiskami", nie mogą redaktorzy więc narzekać na beztalencie polskiej społeczności literackiej, nie muszą brać co popadnie. Znam kilku redaktorów, dumnie (i słusznie) zawsze podkreślających, że są redaktorami tego czy tamtego pisma. Tylko po co się jest redaktorem? Czy po to żeby puszczać bezkrytycznie teksty „nazwisk”, choćby ten sam tekst bez tego „nazwiska” nie zwrócił ich najmniejszej uwagi, lub tyle tylko mu jej poświęcili, by trafić do kosza? Gdzie tu miejsce na profesjonalizm? Jak ufać redaktorom wysyłając teksty do pism? Gdzie tu odpowiedzialność redaktorów za pismo? Odpowiedzialność nie tylko przed "naczelnym", ale przede wszystkim przed czytelnikami?

Gdzie tu miejsce na redaktora, który ma, i powinien mieć wpływ, na rozwój dzieła, rozwój także samego autora. Sztuka, dzieło, które nam jest przedstawiane, to nie tylko efekt talentu i pracy artysty, to często też wynik wielogodzinnych, wielotygodniowych, nie zawsze przyjemnych "kłótni" redaktorskich między autorem a redagującym jego tekst. W przypadku tych tekstów redaktorzy zrobili krzywdę nie tylko pismu, czytelnikom, lecz także autorowi.

Przemysław Witkowski ma już 31 lat… Mimo że ma swoje lata, to na tym koncercie na scenę nie polecą staniki z numerem telefonu.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Niekontrolowane oddawanie. II. Nocne opady


Jan Marek o świecie wie ze słyszenia. Panicznie boi się wysokości. Wyglądając z okna mieszkania na trzecim piętrze, wysuwał tylko czubek głowy, na tyle, żeby oczy sięgnęły tuż za parapet, trzymany kurczowo dwiema rękami. Folgował sobie tylko nocą. Wtedy wstawał, otwierał okno pokoju najbliższe wysuniętego w podwórze oszklonego balkonu. Wspinał się na parapet i przytulony do chropowatej ceglanej ściany starał się prawą nogą sięgnąć uchylonego balkonowego okna. Potem prawą ręką framugi. W tym momencie zawsze popełnia ten sam błąd i patrzy w dół. Trzypiętrowa wysokość zwielokrotniona ciemnością do oglądanego w telewizji kanionu Colorado wciąga. Rozkraczone nogi zsuwają się bezwładnie z parapetów.

Podczas upadku budzi go kurczowe ściśnięcie w żołądku i ból ściągniętych mięśni karku. Przez półmrok dostrzega karmnik dla ptaków przytwierdzony przez ojca do balkonowej ściany. „Jest zimno czy ciepło?” Ciepło. To daje mu czas na zastanowienie się nad przyczynami tego, co stać się musiało. Albo raczej tego, w czego niezdarzenie się Jan Marek dawno przestał wierzyć, i to mimo wszelkich profilaktycznych działań, jedzenia kolacji „na sucho”, nie picia płynów po dobranocce i oddawania moczu „na siłę” przed położeniem się spać.

Do pokoju wchodzi matka. Widząc otwarte oczy Jana Marka mówi:
- Wstawaj! Do szkoły! Do sklepu po bułki trzeba iść.
Nie przyszła pierwszy raz, bo w głosie słychać zniecierpliwienie. Gdyby usłyszał ją za pierwszym razem, lub gdyby choć szarpnęła go za ramię, mógłby uniknąć wypadku, biorąc pod uwagę temperaturę. Wychodząc matka szarpie kołdry i ramiona dwóch młodszych synów.

Jan Marek, nauczony wykonywać polecenia, bez słowa wysuwa się z łóżka, zmienia marznące już spodnie pidżamy na suche ubranie położone niedbale wieczorem na krześle. Nie musi już iść do łazienki. Zresztą kazano mu iść tylko do sklepu po bułki, a zza drzwi słychać maszynkę elektryczną golącego się przed pracą ojca. Wracając ze sklepu pewnie go już nie zastanie. Ojciec będzie już w drodze na autobus, prawie biegnąc by zdążyć do pracy. Zawsze obowiązkowy, codziennie ogolony, wiecznie do szpiku kości uczciwy. W wojsku nie był, ale jego ojciec był żołnierzem podczas wojny. Wracając do kości, ojciec Jana Marka był tak uczciwy, że w wybuchach słusznego gniewu, gdy już bezsilny nie chciał jednak używać skórzanego pasa, nigdy nie ukrywał przed uczącym się dopiero życia Janem Markiem, że to czego się uczy, da mu kiedyś w kość.

Czy gdyby wtedy wiedział, że skłamie, że Jan Marek sam sobie da w kość i to znacznie dotkliwiej, niż mogłoby to zrobić życie, czy to wtedy powstrzymałoby pana Motty od tych ściskających żołądek i ściągających bólem mięśnie karku słów?

- Poproszę dziesięć bułek i litr mleka. - chłód poranka nie pozwala  Janu Markowi zastanowić się nad uczciwością wszystkich dorosłych. Wraca do domu nie sprawdzając wydanej w monetach reszty.